W zimowym pejzażu Słupska wszystko wygląda na pierwszy rzut oka poprawnie. Ulice są przejezdne, pługi pracują, parkingi powoli wychodzą spod białej kołdry. Samochody jadą, więc miasto sprawia wrażenie sprawnego. Tyle że ta sprawność kończy się tam, gdzie kończy się jezdnia. Na chodnikach zalega śnieg i lód, piesi grzęzną, a osoby z wózkami, seniorzy i mieszkańcy z niepełnosprawnościami zostają w domach. Zamiast informacji o realnych działaniach służb pojawia
się
za to inny komunikat: odśnieżajcie sami – i sami wywieźcie zalegający śnieg.
Miasto nie jest urzędem. Jest drogą, którą trzeba przejść
Zbyt często myślimy o mieście jak o instytucji: zbiorze procedur, budżetów, harmonogramów i oszczędności. Tymczasem miasto nie jest urzędem ani tabelą w Excelu. Jest relacją. Umową społeczną. Codziennym doświadczeniem ludzi, którzy muszą się w nim poruszać – nie tylko przejechać.
Dziś tę różnicę widać wyjątkowo wyraźnie. Chodniki w dużej części miasta pozostają nieodśnieżone albo ledwie muśnięte łopatą. W najlepszym wypadku ktoś odgarnął wąski pasek – taki, którym może przejść jeden dorosły człowiek, stawiający ostrożnie kroki. Wózek dziecięcy? Niemożliwe. Wózek inwalidzki? Zapomnijmy. Kule ortopedyczne?
To balansowanie na granicy upadku. Osoby starsze, rodzice z małymi dziećmi, mieszkańcy z niepełnosprawnościami w praktyce zostają w domach. Są uziemieni. Dotyka
to szczególnie obrzeży miasta. Widać to choćby na osiedlu Słowińskim, gdzie nie dojeżdżają autobusy, ale także na ul. Sportowej, Strumykowej czy Cienistej.
A przecież miasto to nie tylko samochody. To nie jest wyłącznie sieć ulic, skrzyżowań
i parkingów, które mają zapewnić płynność ruchu i wygodę kierowcom.
Miasto zaczyna się znacznie bliżej – pod drzwiami domu, na pierwszym odcinku chodnika, na przejściu dla pieszych, na drodze do przedszkola, szkoły, pracy, apteki. Tam, gdzie codzienność nie ma czterech kółek.
W ostatnich dniach wielu Słupszczan – często nie z wyboru, lecz z konieczności – rezygnuje z auta. Zostawiają je na parkingach, idą pieszo do pracy, do szkoły, do sklepu,
na przystanek. To decyzja racjonalna, odpowiedzialna, zgodna z miejską logiką,
o której tak chętnie mówi się w strategiach rozwoju. W zamian dostają jednak jasny, choć niewypowiedziany komunikat: „ta przestrzeń nie jest dla ciebie”.
Nie w postaci zakazu czy znaku. W postaci nieodśnieżonego chodnika, lodu pod nogami, śliskiego przesmyku między zaspami. Jakby pieszy był intruzem, kimś tymczasowym,
kto musi się przecisnąć między ważniejszymi priorytetami. Jakby miasto mówiło: możesz chodzić, ale na własne ryzyko.
Tymczasem to właśnie stosunek do pieszych – nie samochodów – jest miarą dojrzałości miasta. Dobre miasto to takie, które projektuje i utrzymuje przestrzeń z myślą
o najsłabszych użytkownikach: osobach z niepełnosprawnościami, seniorach, dzieciach, rodzicach z wózkami. Jeśli oni nie mogą bezpiecznie wyjść z domu, to znaczy, że miasto zawiodło. Nawet jeśli samochody jadą płynnie.
Odśnieżony chodnik nie powinien być luksusem. Jest warunkiem uczestnictwa w życiu społecznym. Bez niego nie ma równości, dostępności ani realnej troski o mieszkańców.
Jest tylko wygoda – dla wybranych.
Prawo to nie ogólnik, lecz konkretna odpowiedzialność
W rozmowie o nieodśnieżonych chodnikach zbyt łatwo uciekamy w ogólniki:
„ktoś powinien”, „gmina zawiodła”, „właściciele nie dbają”. Tymczasem prawo w tej sprawie jest wyjątkowo precyzyjne – i właśnie dlatego tak boleśnie widać rozdźwięk między przepisami a codzienną praktyką.
Podstawą jest Ustawa z 13 września 1996 r. o utrzymaniu czystości i porządku
w gminach. To ona rozdziela obowiązki pomiędzy właścicieli nieruchomości a samorząd.
I robi to jasno.
Zgodnie z art. 5 ust. 1 pkt 4. właściciel nieruchomości ma obowiązek uprzątnięcia śniegu, lodu i błota z chodnika położonego bezpośrednio przy granicy jego posesji. Kluczowe jest
tu słowo „bezpośrednio”. Jeśli pomiędzy chodnikiem a ogrodzeniem znajduje się pas zieleni, trawnik, rów melioracyjny albo jakakolwiek inna przerwa – obowiązek przechodzi na gminę jako zarządcę drogi.
To nie jest drobna interpretacyjna niuansowość. W wielu miejscach w miastach chodniki oddzielone są od posesji zielenią, pasami technicznymi albo parkingami. Tam właściciel
nie ma prawa ani obowiązku odśnieżać – bo nie jest zarządcą tej przestrzeni.
Prawo precyzuje też inne sytuacje. Jeśli na chodniku dopuszczono płatne parkowanie, odpowiedzialność za jego utrzymanie spoczywa na zarządcy drogi, czyli w praktyce
na gminie. Właściciel nieruchomości nie odpowiada również za przystanki komunikacji publicznej – tam obowiązek ciąży na podmiotach korzystających z tych terenów.
Co więcej: nawet tam, gdzie właściciel odśnieża chodnik, nie odpowiada za wywóz śniegu. Zgarnąć – tak. Ale to zarządca drogi ma obowiązek usunięcia zalegających hałd,
tak by nie blokowały przejścia ani widoczności. W praktyce bywa odwrotnie: śnieg spycha się na krawędź, a pieszy zostaje z wąskim tunelem.
„Zawieźcie śnieg sami”. Instrukcja obsługi miasta według PGK
Do listy zimowych problemów z nieodśnieżonymi chodnikami Słupska dochodzi jeszcze jeden wątek – wydawać by się mogło, dość humorystyczny, gdyby nie był tak bardzo serio. Miejska spółka PGK Słupsk postanowiła dorzucić do tej historii własną propozycję dla mieszkańców.
Na profilu spółki w mediach społecznościowych opublikowano bowiem komunikat, z którego wynika, że mieszkańcy mogą „łatwo i bezpłatnie” pozbyć się śniegu, dostarczając
go do Zakładu Unieszkodliwiania Odpadów. PGK – w tej wersji wydarzeń pomaga – przyjmując. Zapomniano jednego – informacji czy mieszkańcy mają śnieg przywieźć
na taczce, sankami czy w bagażniku samochodu. No chyba, że twórcom posta chodziło
o to, by mieszkaniec po odśnieżeniu chodnika wokół swojej posesji zatrudnił firmę zewnętrzną do wywiezienia śniegu i za tę usługę zapłacił. Ale takiej sugestii
we wzmiankowanym poście także nie ma.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że Stanisław Bareja nie musiałby już nic do tej historii dopisywać. Rzeczywistość wyprzedza fikcję. Problem śniegu zostaje bowiem rozwiązany
w sposób wzorcowy: odpowiedzialność spada na mieszkańców, logistyka spada
na mieszkańców, czas i wysiłek również. Gmina oferuje za to punkt docelowy.
W poście czytamy: Śnieg nie jest odpadem, dlatego nie są wymagane żadne dodatkowe dokumenty przy jego przewozie. To rozwiązanie ma na celu wsparcie mieszkańców
w utrzymaniu porządku i bezpieczeństwa na drogach oraz posesjach.
Jest tylko jeden kłopot – ten pomysł nie ma wiele wspólnego ani z prawem, ani z faktami. Bo śnieg z miejskich chodników i ulic nie jest „czysty”. To nie puch z górskiej pocztówki.
To mieszanina śniegu, soli drogowej, piasku, błota, pyłów komunikacyjnych i metali ciężkich. W praktyce jest to odpad, którego zagospodarowanie podlega określonym zasadom. Sugestia, że „śnieg nie jest odpadem”, brzmi efektownie w poście,
ale nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością – ani środowiskową, ani prawną.
Jeszcze bardziej kłopotliwe jest to, że prawo nie przewiduje obywatelskiego wolontariatu
w wywożeniu śniegu z przestrzeni publicznej. Nawet tam, gdzie właściciel nieruchomości ma obowiązek odśnieżyć chodnik przylegający bezpośrednio do posesji, jego rola kończy się na zgarnięciu śniegu w miejsce, które nie utrudnia ruchu. Wywóz i zagospodarowanie należą do zarządcy drogi, czyli do miasta. Bez przypisów. Bez gwiazdek.
Bez trybu „zrób to sam”.
Tymczasem obok informacji o działaniach służb, dostajemy instrukcję zastępczą: radźcie sobie sami. Najlepiej własnym samochodem. Najlepiej w ciszy.
Efekt? Klasyczne odwrócenie ról. Gmina występuje w roli uprzejmego pomocnika, mieszkaniec – w roli wykonawcy zadań publicznych, a pieszy – jak zwykle – zostaje statystą. Z łopatą, z workiem śniegu i z poczuciem, że właśnie dowiedział się, jak działa miasto,
gdy kończy się jezdnia.

Kary istnieją. Problem w tym, że Ratusz też je zna
Za niewywiązanie się z obowiązku utrzymania porządku właściciel nieruchomości może otrzymać mandat lub grzywnę do 1500 zł. Ale znacznie poważniejsze są konsekwencje cywilne: jeśli ktoś dozna uszczerbku na zdrowiu na nieodśnieżonym chodniku, właściciel może zostać pozwany o odszkodowanie i zadośćuczynienie – sięgające nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.
To jednak działa w obie strony. Jeśli obowiązek leży po stronie gminy, odpowiedzialność również jest realna. Samorząd nie jest bytem abstrakcyjnym – jest zarządcą przestrzeni publicznej i odpowiada za jej bezpieczeństwo. Także prawnie.
Warto dodać, że przepisy uwzględniają zdrowy rozsądek: w czasie nagłych, intensywnych opadów nie da się wymagać natychmiastowej reakcji. Ale w Słupsku obecna sytuacja
nie jest już chwilowym śnieżnym chaosem. To stan który będzie utrzymywał się się dłużej.
A wtedy argument o „nagłości” przestaje działać.
Prawo jako test miejskiej dojrzałości
Problem z odśnieżaniem chodników nie polega więc na braku regulacji. One są. Problem polega na tym, że miasto – jako wspólnota – nie traktuje ich jako narzędzia ochrony pieszych, lecz jako martwy zapis.
Prawo jasno mówi, kto za co odpowiada. Pytanie brzmi: czy ktoś w ogóle bierze
tę odpowiedzialność na serio? Czy egzekwuje ją wobec właścicieli tam, gdzie to ich obowiązek? I czy sam Urząd nie chowa się za niejasnością, tam gdzie to on powinien wziąć łopatę – albo zlecić to skutecznie?
Bo w gruncie rzeczy nie chodzi o paragrafy. Chodzi o to, czy prawo służy mieszkańcom,
czy tylko istnieje w dokumentach. A zima, w tym roku, bezlitośnie sprawdza, czy potrafimy o miasto zadbać i czy samorząd jest czymś więcej niż administracją.
O czym dziś naprawdę rozmawiamy?
To nie jest tylko tekst o śniegu. To rozmowa o tym, dla kogo jest miasto. Czy dla urzędu
i tabel w Excelu, czy dla ludzi. Czy dla płynności ruchu samochodowego,
czy dla codziennego, zwyczajnego chodzenia.
Zima obnaża miejskie priorytety bezlitośnie. I dziś w Słupsku widać wyraźnie: pieszy nadal jest dodatkiem. Kimś, kto ma „uważać”, „radzić sobie”, „przeczekać”.
A przecież miasto nie zaczyna się na jezdni. Zaczyna się na chodniku. Jeśli nie da się po nim przejść – to nie jest dobre miasto. Nawet jeśli jezdnie będą idealnie czarne.




























