150 kilometrów na godzinę, czerwone światło i śmierć policjanta. Sąd uznaje,
że sprawca był niepoczytalny i umarza postępowanie. To nie jest odosobniona decyzja – w kolejnych sprawach w Polsce granica między odpowiedzialnością
a jej brakiem coraz częściej przestaje wynikać z faktów, a zaczyna z opinii biegłych.
Czerwiec 2024 roku. Samochód jadący przez miasto z prędkością przekraczającą
150 kilometrów na godzinę wjeżdża na skrzyżowanie na czerwonym świetle i uderza
w motocykl. Ginie podinspektor Rafał Fortuński, wykładowca Szkoły Policji.
W 2025 roku Sąd Okręgowy w Słupsku umarza postępowanie wobec kierowcy, uznając
go za niepoczytalnego i kwalifikując zdarzenie jako wypadek drogowy ze skutkiem śmiertelnym. Na początku 2026 roku Sąd Apelacyjny utrzymuje to rozstrzygnięcie w mocy. Sprawa zostaje formalnie zakończona.
W Siedlcach, w sprawie z 2024 roku, dotyczącej brutalnego zabójstwa kobiety
oraz śmiertelnego pobicia zakonnika, sąd w 2026 roku uznaje sprawcę za niepoczytalnego
i umarza postępowanie, kierując go do zamkniętego zakładu psychiatrycznego.
W Warszawie wraca sprawa zabójstwa pracownicy Uniwersytetu Warszawskiego.
W toku postępowania, w latach 2024–2025, pojawiają się opinie biegłych wskazujące
na niepoczytalność sprawcy i konieczność zastosowania środków zabezpieczających zamiast klasycznej odpowiedzialności karnej.
Jeszcze wcześniej, w sprawie Kajetana P., określanej przez media jako sprawa
„Hannibala z Żoliborza”, która rozpoczęła się w 2016 roku, kluczowy spór dotyczył właśnie poczytalności. W kolejnych latach procesu biegli przedstawiali rozbieżne opinie –
od całkowitej niepoczytalności po pełną zdolność do ponoszenia odpowiedzialności karnej.
Te sprawy różnią się niemal wszystkim – skalą przemocy, motywami, tłem psychologicznym i przebiegiem zdarzeń. Łączy je jeden moment. Ten, w którym odpowiedzialność karna przestaje być oczywista, a ostateczne rozstrzygnięcie przesuwa się z opisu czynu na ocenę stanu psychicznego sprawcy. Decyzja Sądu Apelacyjnego w sprawie ze Słupska nie jest więc wyłącznie rozstrzygnięciem jednostkowym. Wpisuje się w szerszy obraz, w którym coraz częściej to właśnie opinia biegłych staje się punktem ciężkości całego postępowania – decydując nie tylko o wymiarze kary, ale o samej możliwości jej zastosowania.
I to właśnie ta zmiana – z czynu na diagnozę – staje się osią najważniejszego sporu.
Spór, który nie dotyczył kary
Wbrew pierwszym reakcjom opinii publicznej, postępowanie apelacyjne w sprawie
ze Słupska nie dotyczyło tego, czy sprawca powinien trafić do więzienia. Prokuratura
od początku przyjmowała, że z uwagi na jego stan psychiczny konieczne jest zastosowanie środka zabezpieczającego w postaci pobytu w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.
Zdaniem śledczych, sposób prowadzenia pojazdu – skrajnie niebezpieczny, wielokrotnie naruszający podstawowe zasady ruchu drogowego – pozwalał przyjąć, że kierowca
co najmniej godził się na możliwość spowodowania śmierci innej osoby.
A to oznacza zamiar ewentualny i otwiera drogę do przypisania odpowiedzialności
za zabójstwo. Sąd uznał inaczej. Najpierw Sąd Okręgowy w Słupsku zakwalifikował zdarzenie jako wypadek drogowy ze skutkiem śmiertelnym, a następnie Sąd Apelacyjny podtrzymał tę ocenę.
Granice odpowiedzialności
W tym miejscu pojawia się pytanie, które powraca w każdej z opisanych spraw.
Jak pogodzić diagnozę całkowitej niepoczytalności z sytuacją, w której sprawca – niezależnie od kontekstu – podejmuje sekwencję działań prowadzących do tragedii?
Jak rozumieć brak możliwości kierowania swoim postępowaniem w zestawieniu z ciągiem decyzji, które obiektywnie zwiększają ryzyko i prowadzą do katastrofy?
To pytanie nie podważa samej idei niepoczytalności. Dotyczy granic stosowania diagnozy –
a także tego, w jaki sposób jest ona komunikowana i rozumiana poza salą sądową.
Bo istnieje jeszcze jeden wymiar tej sprawy, rzadziej obecny w uzasadnieniach wyroków.
W takich sytuacjach nie tylko rozstrzyga się o losie sprawcy. Rozstrzyga się również
o poczuciu sprawiedliwości tych, którzy zostają po drugiej stronie – rodzin ofiar, świadków, lokalnych społeczności. Kiedy słyszą, że przy tak jednoznacznym przebiegu zdarzenia
nie można przypisać winy, pojawia się doświadczenie dysonansu: między tym, co widzą
i rozumieją jako oczywiste, a tym, co mówi system prawny. To właśnie w tym miejscu zaczyna się erozja zaufania. Nie w spektakularnych błędach sądowych, lecz w sytuacjach, które formalnie są poprawne, a mimo to pozostawiają poczucie, że odpowiedzialność została rozmyta. Dla rodzin ofiar oznacza to często podwójne doświadczenie straty – najpierw samej tragedii, a później braku jednoznacznego rozstrzygnięcia, które pozwoliłoby tę historię zamknąć.
Państwo prawa opiera się nie tylko na przepisach, ale również na przekonaniu,
że te przepisy prowadzą do sprawiedliwych rozstrzygnięć. Jeśli to przekonanie zaczyna słabnąć, problem przestaje być wyłącznie prawny. Staje się społeczny. Decyzja Sądu Apelacyjnego kończy sprawę ze Słupska.
Nie kończy jednak dyskusji. Bo jeśli podobne rozstrzygnięcia pojawiają się w różnych częściach kraju, w różnych sprawach i na przestrzeni lat, to przestają być wyjątkami. Zaczynają tworzyć wzór.































