Człowieczeństwo w cieniu algorytmu

0
288
Fot. Tobiasz Papuczys

Recenzja spektaklu „HUMAN” w reż. Bogny Joostberens


Warto czasem wyrwać się z własnego, słupskiego rytmu – nie po to, by od niego uciec, ale by spojrzeć na niego z innej perspektywy. Zostawić na chwilę repertuarowe oczywistości i pojechać tam, gdzie teatr nie tyle odtwarza znane formuły, ile podejmuje ryzyko myślenia. Moim celem była wrocławska Akademia Sztuk Teatralnych – i spektakl
muzyczny „HUMAN” w reżyserii Bogny Joostberens, przedstawienie, które okazuje się gestem niezwykle świadomym, zdyscyplinowanym i zaskakująco dojrzałym.

„HUMAN” zaczyna się od pytania pozornie prostego, a w istocie fundamentalnego: jak dziś opowiadać o nauce? Jak przywrócić jej wymiar ludzki, nie popadając ani w dydaktyzm,
ani w puste efekciarstwo? I wreszcie – jak mówić o odkryciach, które z jednej strony ukształtowały współczesny świat, z drugiej zaś naznaczone są cieniem odpowiedzialności?

Sen o nauce i człowieku
We śnie studentki humanistyki pojawia się NAUKA. Istota pozaludzka. Superinteligencja. Osobliwość. Zawsze o krok przed ludzkością. Czasem inspiruje, czasem tylko obserwuje. Nie ocenia. Jest czystym potencjałem – to od nas zależy, czy stanie się siłą tworzenia,
czy destrukcji.
W odrealnionej, sennej rzeczywistości Human spotyka wybitne grono naukowczyń
i naukowców związanych z Wrocławiem (Breslau). W surrealistycznych odsłonach pojawiają się m.in. Max Born, Alois Alzheimer, Hanna i Ludwik Hirszfeldowie, Edyta Stein, Fritz Haber i Clara Immerwahr-Haber, Charles Proteus Steinmetz oraz Stanisław Tołpa. Ich biografie ukazują różne oblicza nauki – tej, która ratuje życie, czyni je piękniejszym i przekracza granice poznania, oraz tej, którą człowiek podporządkowuje własnym ambicjom, zapominając o odpowiedzialności.

Bo „HUMAN” rozpięty jest między historią a teraźniejszością. Między doświadczeniem konkretnych biografii a współczesnym światem zdominowanym przez technologię.
To opowieść o ludziach nauki – ich odkryciach, wyborach i konsekwencjach –
w której splatają się porządki etyczne, cielesne i duchowe.

To nie jest tylko opowieść o wielkich nazwiskach. To opowieść o wyborach.

Najmocniej wybrzmiewa to w historii Fritza Habera – symbolu ambiwalencji nauki, człowieka, który ratując świat przed głodem, jednocześnie przyczynił się do rozwoju narzędzi śmierci. Scena przywołująca powstanie Cyklonu B – opowiedziana w przejmujący sposób, z ogromnym ciężarem – pozostaje jednym z najbardziej poruszających momentów spektaklu.
To tutaj „HUMAN” wykonuje swój najważniejszy gest: odbiera nauce neutralność.

Jednak prawdziwa oś przedstawienia, w moim odczuciu, przebiega gdzie indziej.

Postać NAUKI – jako bytu autonomicznego, nieoceniającego, funkcjonującego poza kategoriami dobra i zła – w oczywisty sposób rezonuje z doświadczeniem współczesności. Trudno nie dostrzec w niej figury odpowiadającej dzisiejszym systemom sztucznej inteligencji: strukturze, która nie tyle zastępuje człowieka, ile redefiniuje jego miejsce.

I właśnie tutaj spektakl osiąga swój najciekawszy wymiar.
Bo nie stawia diagnoz – stawia pytania. O to, czy w świecie natychmiastowych odpowiedzi jesteśmy jeszcze zdolni do myślenia. Czy w rzeczywistości zdominowanej przez algorytmy pozostaje miejsce na intuicję, błąd, odkrycie. I wreszcie – czy rozwój technologii rzeczywiście idzie w parze z rozwojem człowieczeństwa.

„HUMAN” nie oferuje odpowiedzi. I na tym polega jego siła.

To spektakl, który nie zamyka znaczeń, lecz je otwiera. Który nie upraszcza,
lecz komplikuje. I który – co dziś szczególnie cenne – traktuje widza poważnie.
Już dawno nie widziałam przedstawienia, które z taką lekkością łączyłoby formę z myślą, emocję z refleksją. Teatru, który potrafi jednocześnie bawić, wzruszać i pozostawiać
w stanie intelektualnego niepokoju.
To właśnie w tym miejscu ujawnia się pełna siła przedstawienia – także na poziomie
jego realizacji scenicznej, precyzyjnie zaprojektowanej i konsekwentnie prowadzonej
przez reżyserię Bogny Joostberens.

To przedstawienie imponuje też na poziomie formy. Czystość scenicznego języka –
dziś rzadko spotykana – staje się jego znakiem rozpoznawczym. Bez zbędnych rekwizytów, bez nadprodukcji znaczeń, bez chaosu. Bez teatralnych „śmieci”. Scenografia i kostiumy Marianny Syski są oszczędne, ale znaczące, podporządkowane rytmowi opowieści, a światło – precyzyjnie prowadzone przez Roberta Balińskiego – buduje przestrzeń, zamiast ją jedynie doświetlać. To teatr, który ufa aktorowi i słowu.

A także obrazowi.
W tym spektaklu choreografia Eweliny Ciszewskiej i projekcje Hanny Kłopockiej
nie są dodatkiem – tworzą równorzędną warstwę opowieści. Ruch sceniczny prowadzony jest z dużą świadomością przestrzeni i rytmu – nie tylko porządkuje sceny, ale buduje emocje, napięcia i relacje między postaciami. To choreografia, która „myśli” razem
z tekstem i muzyką, dopowiada to, czego nie wypowiada słowo
Światło nie służy tu efektowi, lecz znaczeniu. Modeluje przestrzeń, wydobywa bohaterów, prowadzi wzrok widza z niemal chirurgiczną precyzją. W połączeniu z projekcjami – subtelnymi, nienarzucającymi się, a jednocześnie sugestywnymi – współtworzy scenografię, która żyje i oddycha wraz z narracją. To szczególnie cenne, bo we współczesnym teatrze łatwo o przerost formy nad treścią. Tutaj tego nie ma. Projekcje nie przytłaczają,
nie konkurują z aktorem – przeciwnie, wzmacniają jego obecność.

Nie mniej ważna pozostaje muzyka.
Warstwa muzyczna Piotra Klimka i Łukasza Matuszyka oraz wokalna została dopracowana
z imponującą konsekwencją. Muzyka i songi nie są tu dodatkiem ani ilustracją – stanowią jeden z fundamentów dramaturgii. To one niosą emocje, budują napięcia i prowadzą narrację. Spektakl pulsuje rytmem, wiedzie widza przez kolejne obrazy z lekkością,
która nie odbiera im wagi.

Zespół młodych aktorów prezentuje poziom, który wykracza ponad standard szkolnej produkcji. To nie jest już tylko obietnica – to świadomie budowana jakość. Ich warsztat, także wokalny, jest uważny, technicznie opanowany, a jednocześnie nasycony emocją, która nie wynika z demonstracji, lecz z wewnętrznej pracy.
To aktorstwo precyzyjne, zdyscyplinowane, a przy tym zaskakująco dojrzałe. Potrafią budować postaci bez nadmiaru środków, operując detalem, spojrzeniem, obecnością.
To granie, które nie narzuca się widzowi, lecz stopniowo go wciąga.
Widać w tym wszystkim nie tylko solidny warsztat, ale i rzadką dziś autentyczność. Umiejętność bycia na scenie bez maniery, bez „grania efektu”, za to z uważnością
na partnera, rytmy i sensy.

Dostrzegłam w tym przedstawieniu także coś szczególnie cennego: wyraźnie odczuwalną radość tworzenia. Przyjemność płynącą ze wspólnego bycia w spektaklu, która nie wynika
z chęci pokazania się, lecz z uczestnictwa w procesie. I to właśnie ona – szczera, niewymuszona – buduje relację z widzem i sprawia, że trudno oderwać od nich wzrok.

Na szczególne wyróżnienie zasługuje Roksana Wałdon w roli NAUKI. Jej obecność sceniczna łączy chłód konceptu z intensywnością emocji. Finałowa sekwencja w jej wykonaniu domyka spektakl z niezwykłą precyzją – to moment, w którym wszystkie napięcia znajdują swoje ujście, pozostawiając widza w stanie głębokiego, długo wybrzmiewającego niepokoju.

Bo „HUMAN” potrafi jednocześnie bawić i wzruszać – jak w znakomitej, zaskakująco
czułej scenie porodówki, gdzie humor spotyka się z refleksją nad początkiem życia
i odpowiedzialnością za nie.

Dopiero w tym miejscu warto zadać pytanie: skąd bierze się siła tego przedstawienia?

Scenariusz Beniamina Bukowskiego, współtworzony z Alicją Regiewicz, okazuje
się konstrukcją precyzyjną i wielowarstwową. To tekst, który nie tyle rekonstruuje biografie, ile wydobywa z nich napięcia – etyczne, egzystencjalne, poznawcze. Reżyseria Joostberens podąża za tym tropem z konsekwencją: nie ilustruje, lecz komponuje. Buduje spektakl jako sekwencję obrazów, w których znaczenia rodzą się na styku słowa,
ciała i dźwięku.
I może właśnie w tym tkwi jeszcze jeden, niezwykły walor tego spektaklu – pokazuje,
jak opowiadać historie lokalne w sposób, który wykracza daleko poza lokalność. Wrocławscy uczeni nie są tu pomnikami ani hasłami z podręcznika. Zostają przywróceni życiu –
ze swoimi wyborami, ambiwalencjami, wątpliwościami. Bez patyny. Bez postumentów.

„HUMAN” udowadnia, że teatr historyczny nie musi być muzeum. Może być żywym organizmem – miejscem myślenia, a nie celebracji. Miejscem spotkania, a nie hołdu.
I że opowieść o przeszłości może być jednocześnie jedną z najtrafniejszych diagnoz współczesności.

Jeśli ktoś zawędruje do wrocławskiej AST – warto zobaczyć właśnie „HUMAN”.
A może nawet – warto wybrać się tam specjalnie dla niego.

Twórcy i realizatorzy

Spektakl muzyczny zrealizowany przez studentów Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie – filii we Wrocławiu

Scenariusz: Beniamin M. Bukowski, Alicja Regiewicz
Reżyseria: Bogna Joostberens
Scenografia, kostiumy: Marianna Syska
Muzyka: Piotr Klimek, Łukasz Matuszyk
Choreografia: Ewelina Ciszewska
Projekcje: Hanna Kłopocka
Reżyseria świateł: Robert Baliński

Obsada

Jagoda Bednarek-Mocarska – Hanna Hirszfeld (lekarka pediatrka), Gerhart Hauptmann (pisarz, noblista)
Maja Grabowska – Sen
Anastazja Kogut – Clara Haber (doktorka chemii), Friedrich Bergius (chemik)
Aleksandra Kołodziej – Human (studentka humanistyki)
Marlena Kowalczyk – Szczurzyca
Natalia Malicka – Edyta Stein (filozofka, święta)
Michalina Świstuń – Maria Cunitz (astrolożka i astronomka)
Roksana Wałdon – Nauka (wrocławska, światowa)
Eryk Walkowiak – Fritz Haber (chemik, noblista), Charles Proteus Steinmetz (fizyk)
Marcin Weron – Otto Stern (fizyk, noblista), Ludwik Hirszfeld (lekarz), Alois Alzheimer (lekarz)
Kacper Zając – Max Born (fizyk, noblista), Stanisław Tołpa (botanik)

Muzyka na żywo:

Amelia Salloum (AM) –instrumenty perkusyjne

W nagraniach muzyki udział wzięli:
Adam Chomiuk– kontrabas
Adam Bobrowicz – trabka
Jakub Ledwoń– puzon
Łukasz Schmidt– gitary, sax

Autor zdjęć: Tobiasz Papuczys

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here