Krótka kariera słupskich latarni

0
288

Na ulicy Bema, tuż przy Teatrze Tęcza, codziennie można obserwować przedstawienie, które nie wymaga ani scenariusza, ani prób generalnych.
Z okien „Galerii Przypadkiem” patrzą na nie lalki – milczący świadkowie ulicznej rutyny, w której latarnie regularnie sprawdzają swoją odporność na kontakt
z rzeczywistością. Scenografia jest prosta: chodnik, jezdnia i lampy,
które w założeniu powinny być stałym elementem krajobrazu.

W praktyce pojawiają się i znikają z częstotliwością, która nie pozwala już mówić
o przypadku. To raczej dobrze utrwalony mechanizm, w którym trwałość okazuje
się wartością czysto teoretyczną – czymś w rodzaju ambitnego założenia projektowego, które nie zawsze wytrzymuje spotkanie z codziennością.

Na odcinku między ul. Waryńskiego a Starym Rynkiem stały cztery latarnie. Dziś z całego zestawu zostały dwie. Dwie pozostałe zniknęły po serii kolizji, które nie były
ani zaskakujące, ani nieprzewidywalne. Samochody regularnie wjeżdżają tu na chodnik, jakby granica między przestrzenią dla pieszych a jezdnią była jedynie propozycją interpretacyjną – sugestią, którą można uprzejmie zignorować.

Mieszkańcy od lat kierują do Urzędu i ZiM pisma z prośbą o montaż słupków ochronnych – rozwiązania prostego, taniego i stosowanego tam, gdzie ktoś rzeczywiście chce chronić przestrzeń (tak, jak udało się to zrobić wzdłuż fragmentu chodnika przy skrzyżowaniu
z ul. Filmową). Odpowiedzią jest, ale tylko chwilową znak B-36 (zakaz zatrzymywania się), który kierowcy często traktują jak element humorystyczny w miejskim krajobrazie.
Znak taranowany jest równie szybko jak nadzieja, że sama symbolika zastąpi fizyczne zabezpieczenia. W efekcie chodnik stał się przestrzenią otwartą dla motoryzacyjnej improwizacji, a piesi funkcjonują tu na prawach tolerowanego dodatku – obecni,
ale wyraźnie nie w centrum uwagi. Co więcej, jest to strefa zamieszkania, w której parkowanie dopuszczalne jest wyłącznie w wyznaczonych miejscach. To także odcinek ulicy codziennie przemierzany przez najmłodszych widzów teatru — przedszkolaków i grupy szkolne. W takim miejscu bezpieczeństwo nie powinno być kwestią interpretacji,
lecz absolutnym priorytetem.

To nie jest seria niefortunnych zdarzeń. To przewidywalny rezultat braku ochrony.
Jeśli w tym samym miejscu infrastruktura jest niszczona raz za razem, problem nie polega na pechu, tylko na decyzjach – a właściwie na ich braku. Przykład ulicy Sienkiewicza,
gdzie zlikwidowano przejście dla pieszych, pokazuje, że Urząd potrafi działać zdecydowanie.
Tyle, że zdecydowanie najczęściej oznacza tu usuwanie elementów przestrzeni, zamiast eliminowania faktycznego problemu.

Dziś pozostałe lampy stoją na tej części ul. Bema jak znak zapytania. A sterczący w niebo kikut jednej z tych brakujących zdaje się cierpliwie czekać na swój moment: może
na wyższą temperaturę sprzyjającą naprawom, a może po prostu na swoją kolej w długiej, miejskiej liście spraw pilnych i pilniejszych. W tej formie jest zresztą elementem wyjątkowo trwałym – trudno zniszczyć coś, co już zostało zniszczone. Patrząc na dotychczasową konsekwencję działań, można odnieść wrażenie, że jej przyszłość jest już wpisana
w scenariusz. Jeśli logika redukcji zostanie utrzymana, ulica wkrótce osiągnie stan idealny: pozbawiona wszystkiego, co mogłoby zostać uszkodzone. Zero latarni, zero znaków,
zero kosztów napraw. Pozostanie tylko otwarta przestrzeń, w której pieszy będzie poruszał się z ostrożnością właściwą gościowi na cudzym terenie.

Ten fragment ulicy od lat funkcjonuje w stanie permanentnej prowizorki: latarnie
są naprawiane, stawiane od nowa i znów znikają, a wraz z nimi kolejne środki z miejskiego budżetu. Każda następna naprawa to kolejny rachunek, który prędzej czy później ktoś musi zapłacić. Może więc zamiast finansować cykliczną rekonstrukcję ulicznej scenografii, warto wreszcie poważnie porozmawiać o rozwiązaniach: o słupkach chroniących lampy,
o ich bezkolizyjnym ustawieniu, o przemyślanej organizacji ruchu dostawczego w rejonie Starego Rynku. Bo jeśli cofający samochód potrafi bez trudu strącić latarnię, równie łatwo może potraktować pieszego jak kolejny element przesuwnej dekoracji. A miasto, które potrafi chronić swoją infrastrukturę, chroni przy okazji także ludzi — i to jest inwestycja,
na której naprawdę nie warto oszczędzać.

O koszty tej powtarzalnej rekonstrukcji ulicznej scenografii oraz o realne pomysły
na rozwiązanie problemu zapytaliśmy słupski ratusz. Do tematu wrócimy, gdy tylko pojawią się odpowiedzi — miejmy nadzieję, że będą równie konkretne jak rachunki za kolejne naprawy.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here