Słupsk: dzieci pobite, nauczyciel obraża, policja odmawia. Gdzie są granice?

0
7358

17 listopada w Zespole Szkół Budowlanych i Kształcenia Ustawicznego w Słupsku wydarzyło się coś, co w szkole w ogóle nie powinno mieć miejsca. Uczniowie
z Ukrainy zostali najpierw publicznie upokorzeni w obecności i przez nauczyciela, a chwilę później — już poza terenem szkoły — brutalnie pobici. Wszystko sto metrów od komisariatu policji. Zgłoszenia przemocy nikt tam nie przyjął.
To nie „incydent”. To sygnał alarmowy, który powinien wstrząsnąć całym miastem.

(Sprawę nagłośnił Dawid Dehnert, przedstawiciel rodziców jednego z poszkodowanych uczniów, który jako pierwszy opublikował nagrania i opisał przebieg zdarzeń. Link do filmu na końcu tekstu.) 

Nie da się tego przykryć okolicznościami ani rozmyć w ostrożnych formułkach. To, co się tam wydarzyło, obnaża pęknięcie w systemie i naszą wspólną porażkę: że do takiej sytuacji mogło dojść właśnie w miejscu, które z definicji ma chronić dzieci. Łatwiej powiedzieć, że to „sprzeczka młodzieży”. Łatwiej — ale nieuczciwie. To była przemoc. Otwarta, bez wahania wymierzona w młodych ludzi ze względu na ich pochodzenie.

Dorośli, którzy zawiedli
Najpierw były słowa. Upokarzające, obraźliwe, zupełnie nieakceptowalne. Rodzice relacjonują, że nauczyciel miał zwrócić się do ukraińskich uczniów słowem „swołocz”
i komentować, że „żaden Ukrainiec nie zdałby egzaminu”. W tym samym czasie inni uczniowie puszczali odgłosy wybuchów i szydzili z wojny. Nauczyciel nie reagował.
A milczenie dorosłego w takich sytuacjach bywa formą przyzwolenia.

To nie był „błąd pedagogiczny”. To było złamanie podstawowego zaufania, jakie dziecko ma do dorosłego, który stoi przed nim w klasie.

Po lekcjach sytuacja eskalowała. Dwóch pełnoletnich uczniów zaatakowało czterech chłopców z Ukrainy. Jeden z nich splunął 16-latkowi w twarz i krzyknął:
„Na front, ukraińska k**o!”.
Potem posypały się ciosy. Kopnięcia. Uderzenia w głowę. Jeden z chłopców ma złamany obojczyk, u innych lekarze podejrzewali wstrząśnienie mózgu. Według świadków napastnicy próbowali przeciągnąć jednego z pobitych na jezdnię. A wszystko to pod okiem kamer
i telefonów. Sto metrów od komisariatu.

Policja odmawia przyjęcia zawiadomienia

Rodzice od razu zgłosili napaść. Według ich relacji mieli usłyszeć, że nie można przyjąć zgłoszenia, „bo nie ma dzielnicowego”. Chłopcy trafili do szpitala bez protokołu, bez zabezpieczenia nagrań, bez czegokolwiek, co powinno zostać zrobione w pierwszych minutach po zdarzeniu. Dopiero następnego dnia, po stanowczym nacisku rodziców, zgłoszenie przyjęto — z próbą zakwalifikowania całej sytuacji jako „zwykłej bójki”.
Problem w tym, że to nie była bójka. To była napaść na tle narodowościowym.
I porażka tych, którzy mieli reagować jako pierwsi.

Nie jest to pierwszy sygnał, że w szkołach pojawiają się akty upokarzające dzieci
z Ukrainy czy innych krajów. Ani pierwszy sygnał, że uczniowie — także polscy — zgłaszają niestosowne zachowania dorosłych. Gdy takie informacje powtarzają się w różnych placówkach, mówimy o problemie systemowym, nie o odosobnionych przypadkach.

Czas na konsekwencję
W ostatnich miesiącach mieszkańcy, radni i prezydentki stawali razem na protestach przeciwko nienawiści, pod transparentami o równości i szacunku. Teraz jednak te hasła trzeba przekuć w realne działania. Bo łatwo jest stanąć na wiecu. Trudniej — nie odwracać wzroku, gdy skrzywdzone zostaje konkretne dziecko.

Dlatego prosimy:

Jeśli wiecie o jakiejkolwiek przemocy wobec uczniów — niezależnie od ich pochodzenia — prosimy o kontakt:

📧 [email protected]

Każdą historię sprawdzimy.
Każdą nagłośnimy.
I będziemy to robić tak długo, aż w każdej słupskiej szkole bezpieczeństwo dzieci będzie czymś więcej niż deklaracją na papierze.

Sprawę nagłośnił Dawid Dehnert, przedstawiciel rodziców poszkodowanego ucznia. 

https://www.instagram.com/reel/DRox7FHCifW/?igsh=OTZtZndncDA3aHA3#

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here