Cena objazdów. Ukryty rachunek, który płacimy wszyscy

0
437

Słupsk w ostatnich miesiącach żyje w rytmie objazdów. Ulice zamykają się
i otwierają niczym powieki zmęczonego miasta, autobusy kluczą z mapą, która co tydzień wygląda inaczej, a mieszkańcy uczą się na pamięć nowych tras, choć wiedzą, że nie zostaną z nimi na długo. To codzienność, do której przywykliśmy jak do listopadowej mżawki. Tyle że ta mżawka ma swoją cenę – i to nie metaforyczną. W 2025 roku za każdą nadłożoną trasę, za każdy korek spowodowany remontem, za każdy nieplanowy skręt, Słupsk zapłaci
2 miliony 200 tysięcy złotych. Słupsk – czyli my, jego mieszkańcy.

Urząd Miejski potwierdził, że w 2025 roku zapłacimy 2 miliony 200 tysięcy złotych tylko
za to, że autobusy MZK muszą jeździć dłużej. Kwota ta nie wynika z żadnych wyjątkowych zmian kursów czy inwestowania w nowe połączenia. To wyłącznie opłata za około 200 tysięcy dodatkowych kilometrów, które autobusy przejechały z powodu zamkniętych ulic, remontów, utrudnień i licznych reorganizacji ruchu.

Każdy z tych 200 tysięcy tzw. wozokilometrów został pomnożony przez stawkę obowiązującą operatora: 10,65 zł za autobus standardowy lub 11,65 zł za autobus przegubowy. Z takim równaniem nie da się polemizować. Liczby nie mają poglądów – mają konsekwencje. W tym wypadku – finansowe, bezpośrednio obciążające budżet miasta,
a więc mieszkańców.
Bo trzeba to powtarzać, aż stanie się codziennym odruchem myślowym: miejski budżet nie jest neutralnym bytem wiszącym nad miastem jak chmura. Miejski budżet to suma naszych podatków. Naszych, nie Urzędu. Jeśli autobus jedzie po dłuższej trasie, płacimy za to my – nie abstrakcyjne „Miasto”.
To oczywiście nie tylko kwestia ringu, wiaduktów i wielkich remontów. Miasto potwierdza, że koszty generuje każde przedłużone zamknięcie ulicy: niezależnie od tego, czy wynika
z prac budowlanych, kolizji drogowych, pożarów, zablokowanych przejazdów, awarii,
czy… wydarzeń kulturalnych i sportowych. Przemarsze, biegi uliczne, parady, festyny, uroczystości państwowe – za każdym razem, gdy ulica jest wyłączona z ruchu, autobusy muszą jeździć objazdem. A każdy objazd to kolejne kilometry dopisywane do rachunku.

Słupsk od miesięcy żyje w stanie „tymczasowości”, który stał się stanem stałym. Budowa ringu wymusza reorganizację połowy miasta. Przebudowa wiaduktu na ul. Szczecińskiej – rozciągnięta do połowy 2026 roku – odcięła ważny korytarz komunikacyjny. Zamknięcie przejazdu pod wiaduktem na ul. Sportowej. Grodzka zamknięta przez wiele miesięcy, Leszczyńskiego, Kaszubska – wszystkie te ulice, choć w różnych etapach modernizacji, dokładają się do większej układanki: drogi Słupska są dziś jak arterie pacjenta w trakcie operacji – część działa, część jest przecięta, część pracuje na pół gwizdka, a krew musi płynąć innymi naczyniami.

W praktyce oznacza to, że autobus, który kiedyś pokonywał trasę w dwadzieścia minut, dziś potrzebuje trzydziestu pięciu. Jeżeli musi skręcić dwie ulice dalej, ominąć plac budowy, zatrzymać się na światłach ustawionych tymczasowo i przeczekać korek, to każda minuta
i każdy metr mają swoją cenę. Nie jest to cena symboliczna. Jest wyliczona co do grosza.
Oczywiście można powiedzieć, że perturbacje bywają nieuniknione. Że inwestycje mają swoją dynamikę, że kolej wymaga czasu, że pogoda nie sprzyja. I wszystko to jest prawdą. Ale prawdą jest także to, że im więcej inwestycji nakłada się na siebie, im więcej ulic jest zamkniętych jednocześnie, im słabsza jest koordynacja i pilnowanie harmonogramów – tym większe koszty ponoszą mieszkańcy. Nie tylko te widoczne, ale i te ukryte, rozproszone,
o których nie mówi się wprost.

Wozokilometry łatwo policzyć. Trudniej policzyć całą resztę: dodatkowe oznakowania, służby kierujące ruchem, szybciej niszczące się nawierzchnie objazdów, wydłużony czas pracy dostaw, utrudnienia dla miejskiej logistyki, przeciążenie techniczne ulic nieprzystosowanych do zwiększonego ruchu. A także – choć o tym mówi się najciszej – koszt czasu samych mieszkańców. Nie jako narzekanie, lecz jako realna wartość.
Czas to nie metafora: to pieniądz, energia, efektywność. To zasób, który się kończy.
Ratusz zapewnia, że nie planuje podwyżek cen biletów MZK. I dobrze, bo w sytuacji, gdy transport publiczny ma zachęcać, nie odstraszać, byłoby to nieodpowiedzialne. Ale nawet brak podwyżek nie zmienia faktu, że rosnące koszty usług, przeciągające się roboty
i zwiększona liczba objazdów nie znikają. One tkwią w budżecie niczym dodatkowy osad, który trzeba będzie gdzieś zrównoważyć.
Warto więc mówić o tym otwarcie, rzeczowo i bez złośliwości, ale też bez unikania tematu: dzisiejsze koszty są skutkiem nie tylko inwestycji, ale również tempa, koordynacji i nadzoru nad nimi. Miasto nie jest makietą, którą można dowolnie rozkładać na części. Jest żywym organizmem, w którym opóźnienia, przestoje, drobne błędy czy rozciągnięte procedury natychmiast rodzą finansowe konsekwencje.
To nie jest tekst o winie. To jest tekst o odpowiedzialności.
O tym, że pieniądze publiczne – nasze pieniądze – wymagają nie tylko ostrożnego wydawania, ale też mądrego planowania, twardej koordynacji i dyscypliny finansowej.
O tym, że każda złotówka, zanim zostanie wydana, powinna być obejrzana tak uważnie, jakby należała do konkretnego mieszkańca. Bo właśnie do niego należy.

I wreszcie: o tym, że jeśli miasto wchodzi w objazd, każdy kilometr tej drogi kończy się na naszym wspólnym rachunku. Nie metaforycznie. Dosłownie.
Dlatego mieszkańcy mają pełne prawo oczekiwać, że ich pieniądze będą traktowane
z należytą powagą – i pełne prawo pytać, jak długo jeszcze będą płacić za drogę, która jest przedłużana nie tylko przez roboty, ale również przez sposób, w jaki te roboty są prowadzone.

Remonty są potrzebne. Ale szacunek do publicznych pieniędzy również. Jedno nie wyklucza drugiego. A Słupsk zasługuje na to, by obie te rzeczy traktowano jednakowo poważnie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here