Słupsk ogłosił się zimową stolicą Polski. Prezydentka zachwyca się urodą białego puchu, a jednocześnie wysyła na ulice wojsko niczym w kronice filmowej
z czasów PRL. Skoro już mamy ten rozmach, ratusz mógłby jeszcze na szybko postawić skocznię narciarską i prawdziwe lodowisko na Starym Rynku. Tymczasem zamiast zimowego festiwalu mamy niewywiezione śmieci, zasypane osiedla i chaos, który mieszkańcy próbują rozliczyć, zbierając podpisy pod petycją.
Dobrego włodarza poznaje się nie po tym, jak radzi sobie w słoneczny, pogodny dzień –
bo wtedy wszystko działa, a włodarz może sobie pofilozofować o rowerach i zielonych planach. Poznaje się go dopiero wtedy, gdy coś się sypie. Albo spada. Na przykład śnieg.
Dużo śniegu. Takiego, który – według oficjalnych deklaracji Ratusza – uczynił ze Słupska zimową stolicę Polski.
Brzmi dumnie. Trochę jak Zakopane, tylko bez oscypków, z mniejszą liczbą odśnieżonych chodników, z autobusem zawieszonym „do odwołania” i z Wojskiem Obrony Terytorialnej
na ulicach.
Bo oto w mieście, które przez lata budowało narrację o nowoczesnym zarządzaniu, smart rozwiązaniach i zielonej mobilności, w chwili próby sięgnięto po rozwiązanie ostateczne: wojsko. Żołnierze z łopatami, mundury wśród zasp, czołgi… No, prawie. Zdjęcia jak
z kroniki filmowej z lat 70., tylko w wersji cyfrowej, z relacją live na Facebooku
i komentarzami typu „to tu, to tam”.
Pojawia się jednak pytanie, które swobodnie można by zawrzeć w miejskiej ankiecie:
czy naprawdę to wojsko ma odśnieżać, gdy pada śnieg? Bo przecież wojsko zwykle wkracza w sytuacjach stanu klęski żywiołowej – a nie wtedy, gdy spadnie mokry puch, który normalnie codziennie widuje się na południu kraju przez kilka miesięcy zimy. Ja sama przyjechałam tu z południa, gdzie takie opady są dość częstym widokiem. I jakoś nie pamiętam, żeby w Zakopanem, Koniakowie czy Istebnej, gdzie śniegu czasem bywa znacznie więcej, wojsko z łopatami odśnieżało ulice. Może więc warto podsunąć
to rozwiązanie choćby prezydentowi Bielska-Białej? Tam również zdarzają się intensywne opady, drogi są kręte, a autobusy nie zawsze jeżdżą jak w zegarku. Ale nigdy nie widziałam tam batalionów odśnieżających chodniki. A może to wcale nie chodzi o pomoc wojska, tylko o najtańsze rozwiązanie i oszczędności – bo przecież niebawem ruszają prace przy kontynuacji słupskiego RINGU i jak wiemy, trzeba na to zdobyć dodatkowe 80 milionów.
I jest taki moment podczas ostatniej konferencji prasowej, który powinien przejść
do historii lokalnej komunikacji kryzysowej. Krystyna Danilecka-Wojewódzka tłumaczy, dlaczego wojsko ma pomagać przy śniegu:
– Jestem obywatelką tego państwa i mam prawo oczekiwać od mojego państwa, że wojsko jako struktura państwowa pomoże w sytuacji zagrożenia – mówiła. – Nie widzę żadnego uzasadnienia odmowy tej wcześniejszej propozycji. Była propozycja, że pomogą.
Państwo przyszło. Wojsko przyszło. Zabrakło tylko defilady.
A, że przy okazji prezydentka ogłosiła Słupsk zimową stolicą Polski, to już tylko wisienka
na śnieżnym torcie. Co prawda według naszych obserwacji spadło raczej czterdzieści centymetrów śniegu niż siedemdziesiąt, ale kto by się tam przejmował takimi drobiazgami. W zimowej stolicy liczy się przecież nie dokładność, lecz rozmach. Metropolie mają swoje wieżowce, my mamy swoje zaspy.
Zresztą – jak zapewniła włodarz – miasto „zyskało na urodzie”. Śnieg dodał mu uroku. Romantyzmu. Puchowej poetyki. Rzeczywiście, Słupsk wygląda dziś jak z kartki świątecznej. Pod warunkiem, że ogląda się go z okna albo z drona. Ten romantyzm kończy się bowiem dokładnie tam, gdzie zaczyna się codzienność: przy próbie wyjścia z domu, przejścia z wózkiem, poruszania się o kulach albo zwykłego dojścia na przystanek. Tam już nie ma poezji. Tam jest lodowisko.
Ale prawdziwym majstersztykiem tej konferencji były słowa, które przeszły niemal bez echa, a które mówią o stosunku władzy do mieszkańców więcej niż wszystkie raporty razem wzięte.
Prezydentka stwierdziła mianowicie, że obecna sytuacja to „znakomita okazja dla osób niezadowolonych, sfrustrowanych i nieszczęśliwych, bo mogą w tym momencie odreagować”. Normalnie śnieżna terapia, w dodatku bez rachunku za kozetkę u psychologa. Bo odśnieżając możesz sobie np. poprzeklinać. Ot, pełną piersią, mroźnym oddechem klnij głośno do woli!
Trudno o bardziej wyrafinowaną formę okazywania szacunku. A jeśli złamałeś rękę
na oblodzonym chodniku – odreaguj. Jeśli przewróciłaś się z dzieckiem na rękach – odreaguj. Jeśli utknąłeś na osiedlu bez autobusu – odreaguj. Zamiast przeprosin, zamiast prośby o zrozumienie, zamiast empatii – terapia szokowa w warunkach polowych.
Można oczywiście zapytać: czy prezydentce wolno tak mówić do swoich wyborców? Zapewne wolno. W końcu wolno mówić wiele rzeczy. Ale czy wypada?
Zwłaszcza, że w tym samym czasie na słupski SOR zgłaszały się setki osób z urazami po upadkach na oblodzonych chodnikach (ok. 400 osób – jak podaje rzecznik słupskiego szpitala). To już nie jest kwestia nastroju ani „frustracji”. To są konkretne złamania, skręcenia, pęknięcia kości, tygodnie rehabilitacji i długie zwolnienia lekarskie. Może więc zamiast „okazji do odreagowania” należałoby mówić o odpowiedzialności.
W centrum miasta zaczyna być już względnie cywilizowanie. Ulice są przejezdne, główne ciągi odkopane, estetyka jakoś przywracana. Problem zaczyna się tam, gdzie zwykłe życie: na osiedlach, na obrzeżach, przy przystankach. Ale przecież – jak słyszymy – miasto pracuje.
Na pytania o organizację odśnieżania odpowiedziała rzeczniczka prasowa Urzędu Miejskiego, Monika Rapacewicz. Z odpowiedzi wynika, że Zakład Utrzymania Czystości PGK pracuje całodobowo, siedem dni w tygodniu, w pełnym składzie. Przy odśnieżaniu zaangażowanych jest od 150 do 170 pracowników, a w terenie pracuje około 70 jednostek sprzętowych, w tym 10 koparko-ładowarek oraz dodatkowe 50 osób z firmy zewnętrznej.
Brzmi imponująco. Całodobowo. Siedem dni w tygodniu. Pełen skład. Sprzęt. Koparki. Standardy. Harmonogramy. I, oczywiście, priorytety: najpierw I standard, potem II i III. A, B i C. Szczególny nacisk na ciągi główne, przystanki, miejsca dla osób
z niepełnosprawnościami. Na papierze to wygląda jak operacja wojskowa. W terenie – raczej jak gra w chowanego.
Bo teraz pytanie do mieszkańców: być może ktoś z państwa widział nocą pług na swojej ulicy? Czy ktoś słyszał ten legendarny dźwięk lemiesza sunącego po asfalcie o trzeciej nad ranem? Może powinniśmy wystawić tym samotnym bohaterom herbatę w termosie, koc
i słowo wsparcia, skoro pracują bez wytchnienia, a jednak pozostają zupełnie niewidzialni.
Ja nie wiem jak Wy, ale ja nie widziałam pługu nawet wieczorem na swoim osiedlu. A mam drogę osiedlową w zasięgu wzroku niemal z każdego okna. Oczywiście możliwe, że z racji wieku mam już słuch przytępiony, wzrok słabszy, a pług porusza się z taką gracją, że nie zostawia po sobie żadnych śladów. Być może jest to nowa, ekologiczna technologia odśnieżania – bez hałasu, bez śladu, bez efektu.
W każdym razie, skoro śnieg zalega, niektóre chodniki pozostają nie do przejścia, skoro osiedla czekają, to miasto zaproponowało mieszkańcom rozwiązanie alternatywne.
Skoro służby nie nadążają – można przecież wywieźć śnieg samemu.
Oficjalny komunikat miejskiej spółki głosił, że mieszkańcy mogą „łatwo i bezpłatnie” pozbyć się śniegu, o ile sami go usuną z chodnika, zapakują, załadują i przywiozą do Zakładu Unieszkodliwiania Odpadów. Miasto w swojej łaskawości go przyjmie.
Sprawdziliśmy więc, ile kosztuje taka „łatwa i bezpłatna” operacja:
– podstawienie auta z przyczepą: 1200 zł
– praca jednej osoby przy załadunku: 400 zł za godzinę
– transport do zakładu: 300 zł
Pytanie brzmi: komu wystawić rachunek?
Bo skoro mieszkańcy mieliby wyręczać miasto w jego obowiązkach, przejąć na siebie logistykę, sprzęt i koszty, to może czas na fakturę zbiorczą. Albo – idąc z duchem zimowej stolicy Polski – pozew zbiorowy za leczenie i rehabilitację po upadkach.
Zwłaszcza że przed nami kolejny akt tego zimowego spektaklu. Centrum Monitoringu
i Zarządzania Kryzysowego ostrzega przed marznącymi opadami i gołoledzią. Prognozy mówią o marznącym deszczu, który zamieni chodniki w lodowiska, a ulice w tor saneczkowy. Prawdopodobieństwo wystąpienia zjawiska – 80 procent. Czyli niemal pewnik.
Krótko mówiąc: jeśli komuś wydawało się, że najgorsze już za nami, to najwyraźniej nie śledzi komunikatów meteorologicznych. Zima nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.
A zimowa stolica Polski – jak widać – dopiero się rozkręca.
Obywatele mówią: dość
Skoro – jak słyszeliśmy na konferencji – prezydentka jako obywatelka państwa ma prawo oczekiwać wsparcia wojska, to my, jako mieszkańcy, mamy dokładnie takie samo prawo oczekiwać działań od samorządu. Nie narracji, nie konferencji, nie opowieści o zimowej poezji i terapii dla sfrustrowanych, ale realnego uporządkowania sytuacji, której koszty ponosimy każdego dnia na własnej skórze.
Bo to nie „miasto” zostawia osiedla bez odśnieżonych ulic i chodników. To nie „miasto” ignoruje zdjęcia i zgłoszenia mieszkańców. Robi to samorząd. Robią to konkretne osoby, które podejmują decyzje i odpowiadają za organizację usług publicznych.
W tej historii mieszkańców nie traktuje się jak partnerów do rozmowy. Są raczej elementem dekoracji – jak te świąteczne lampki, które ładnie wyglądają na zdjęciach,
ale nie grzeją. Zdjęcia nieodśnieżonych ulic osiedlowych i przystanków, ludzi wypychających z zaspy karetkę, nieprzejezdnych chodników krążą w sieci, ale z oficjalnych komunikatów bije jedno: wszystko jest pod kontrolą.
Otóż – nie jest.
Koszty tej sytuacji ponosili i ponoszą mieszkańcy: płacą za prywatny transport, biorą wolne w pracy, płacą za leczenie i rehabilitację po upadkach, organizują wywóz śniegu na własny koszt. Zimowa stolica Polski ma więc swoją specyfikę: piękne widoki, białe pejzaże
i rachunki, które spadają na obywateli szybciej niż śnieg z dachu.
I właśnie dlatego pojawiła się petycja mieszkańców, którzy domagają się rekompensaty
za niewykonane i ograniczone usługi miejskie, obniżenia podatku od nieruchomości, bonifikaty za odpady, raportu z „Akcji Zima” oraz jasnych standardów na przyszłość.
Bo skoro samorząd potrafi wystawiać rachunki, to powinien też umieć przyjąć rachunek
za własne zaniedbania. A skoro władza może wzywać wojsko, to obywatele mogą wzywać władzę do porządku. I mają do tego pełne prawo. Bo w demokracji łopata to nie jest argument. Argumentem są decyzje. I odpowiedzialność.































