„Klub Kabaretowy” – premiera niekonieczna

0
186
fot. arch. Nowy Teatr Słupsk

Najtrudniejsze w „Klubie Kabaretowym” Nowego Teatru w Słupsku nie było jego oglądanie. Trudniejsza była świadomość, że prawdziwe wyzwanie nadejdzie później – kiedy trzeba będzie o nim coś napisać. Bo jak opisać coś, co wymyka
się nie tylko definicjom, ale momentami również podstawowym zasadom przyczyny i skutku? Jak zrecenzować kabaret, w którym największym zaskoczeniem nie jest żart, lecz jego uporczywa nieobecność?

Kabaret jest formą niezwykle wymagającą, choć bywa niesłusznie podejrzewany o lekkość.
W rzeczywistości jest sztuką precyzyjną jak chirurgia i bezlitosną jak lustro w ostrym świetle. Tu nie ma gdzie się schować. Każda sekunda ciszy pracuje albo przeciwko aktorowi, albo przeciwko widzowi. Dobry kabaret wie, dokąd zmierza, nawet jeśli udaje, że błądzi.
Zły kabaret błądzi naprawdę.

Historia kabaretu – również tego polskiego – jest historią odwagi, inteligencji i absolutnej świadomości formy. Kabaret Starszych Panów potrafił w kilku wersach i jednym spojrzeniu zawrzeć melancholię całej epoki. „Piwnica pod Baranami” udowodniła, że absurd
może być najcelniejszym językiem opisu rzeczywistości, jeśli stoi za nim precyzja i myśl.
Nawet Witkacy, patron słupskiego Teatru rozumiał, że groteska nie jest chaosem,
lecz konstrukcją, że deformacja działa tylko wtedy, gdy opiera się na rygorze. Witkacy kontrolował chaos. Tu chaos kontrolował wszystko.

„Klub Kabaretowy” sprawiał wrażenie przedsięwzięcia, które postanowiło zbadać,
co się stanie, jeśli usunąć z kabaretu wszystko, co czyni go kabaretem, i pozostawić jedynie scenę, światła i ludzi, którzy coś mówią.

Zamiast programu widz otrzymał ciąg scen połączonych ze sobą mniej więcej tak,
jak przypadkowe wagony w pociągu, który nigdy nie otrzymał rozkładu jazdy.
Nie było tu narracji, nie było struktury, nie było nawet poczucia, że ktoś próbuje stworzyć iluzję sensu. Poszczególne elementy spektaklu następowały po sobie z obojętnością zdarzeń pogodowych. Jedna scena ustępowała miejsca drugiej nie dlatego, że coś z niej wynikało, lecz dlatego, że coś musiało ją zastąpić.
Niektóre z tych scen kończyły się w sposób tak nagły, jakby same zorientowały
się, że nie mają nic więcej do zaoferowania. Inne trwały wystarczająco długo, by widz zdążył przejść przez wszystkie fazy egzystencjalnej refleksji – od nadziei, przez zwątpienie,
aż po rezygnację. Śmiech pojawiał się rzadko i miał w sobie coś z uprzejmości wobec sytuacji, nie wobec jej zawartości.

Najbardziej niepokojące było jednak poczucie, że spektakl nie potrzebuje widza.
Nie w sensie artystycznej autonomii, która bywa cnotą, lecz w sensie zwykłego braku zainteresowania jego obecnością. Jako widz – i to widz wymagający, gotowy
na eksperyment, na ryzyko, na nieoczywistość – poczułam się zlekceważona. Teatr jest przecież miejscem spotkania. Istnieje pomiędzy sceną a widownią, w napięciu, w dialogu,
w wymianie emocji. Tymczasem „Klub Kabaretowy” sprawiał wrażenie wydarzenia,
które odbywa się wyłącznie dla siebie, jak zamknięta rozmowa, do której publiczność została dopuszczona przez pomyłkę. Najbardziej niepokojące było to, że spektakl zdawał
się nawet nie wiedzieć, że widz istnieje.
Aktorstwo nie tyle ratowało sytuację, co raczej z nią współistniało. Brakowało precyzji, brakowało wyczucia rytmu, brakowało tej szczególnej jakości obecności, która sprawia,
że nawet najsłabszy tekst zyskuje chwilowe życie. Tu teksty nie zyskiwały niczego. Przychodziły na scenę i odchodziły z niej równie bezradne, jak się pojawiły.

Na tym tle szczególnie poruszający był moment piosenki zawierającej słowa: „wszystko,
co mogliśmy spieprzyć – spieprzyliśmy”. Był to, bez cienia ironii, najlepszy tekst tego wieczoru. Towarzyszyła mu również całkiem dobra muzyka – wystarczająco dobra, by przez krótką chwilę pojawiła się nadzieja, że oto spektakl odnajduje własny puls. Niestety, nawet ten jeden moment nie przetrwał konfrontacji z wybraną przez realizatorów formą wykonania. Aktorzy z godną podziwu determinacją zdołali zepsuć również to – jakby spektakl pilnował, by żaden element nie wyłamał się z jego ogólnej zasady konsekwentnego niedziałania. Rzadko zdarza się widzieć przedstawienie, które z taką starannością neutralizuje własne nieliczne zalety.
Było w tym coś niemal metodycznego. „Klub Kabaretowy” nie był katastrofą w sensie widowiskowym. Nie był spektaklem, który upada z hukiem. Był raczej spektaklem,
który zapada się w sobie w ciszy, centymetr po centymetrze, aż w końcu pozostaje
po nim jedynie pytanie, czy rzeczywiście coś się wydarzyło.

Trudno nie zastanowić się, skąd bierze się potrzeba tworzenia takich przedsięwzięć, zwłaszcza w teatrze publicznym. Teatr finansowany ze środków publicznych
nie ma obowiązku być łatwy ani przyjemny. Ma natomiast obowiązek być uczciwy wobec widza. Ma obowiązek traktować jego obecność jako coś więcej niż logistyczny szczegół.
Ma obowiązek pamiętać, że istnieje dzięki wspólnemu zaufaniu.

Kabaret Starszych Panów nigdy nie traktował widza jak intruza. „Piwnica pod Baranami” nigdy nie zakładała, że sama obecność sceny wystarczy. Nawet najbardziej hermetyczne formy kabaretu literackiego wiedziały, że ich sens urzeczywistnia się dopiero w spotkaniu – w tym ulotnym porozumieniu, które pojawia się wtedy, gdy widz czuje, że ktoś mówi
do niego, a nie obok niego.

Najuczciwszym i najbardziej przejmującym momentem całego wieczoru pozostał
więc wspomniany wers piosenki. Rzadko zdarza się, by spektakl sam, mimochodem, wypowiedział swoją najtrafniejszą diagnozę. Jeszcze rzadziej, by zrobił to z taką precyzją.

Jeśli „Klub Kabaretowy” ma być początkiem cyklu, pozostaje mieć nadzieję, że przyszłość podejdzie do tej idei z większą odpowiedzialnością niż jej początek. Nie z surowości,
lecz z szacunku – zarówno dla formy kabaretu, jak i dla widza, który przychodzi do teatru nie po to, by być świadkiem przypadkowości, lecz po to, by uczestniczyć w czymś,
co istnieje naprawdę.
Bo najtrudniejsze w „Klubie Kabaretowym” nie było jego oglądanie. Najtrudniejsze jest uwierzyć, że to w ogóle się wydarzyło.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here