To miała być zwykła interwencja mieszkańca dotycząca kilku miejsc parkingowych przy przejściach dla pieszych i skrzyżowaniach.
Jeden z mieszkańców Słupska przeanalizował organizację ruchu w centrum miasta, wykonał dokumentację fotograficzną, zmierzył odległości i wskazał miejsca, w których — jego zdaniem — od lat dochodzi do łamania przepisów Ustawy Prawo o ruchu drogowym. Sprawa, która początkowo mogła wyglądać
jak kolejny lokalny spór o „koperty parkingowe”, bardzo szybko zaczęła
jednak odsłaniać znacznie poważniejszy problem.
Bo dziś nie chodzi już wyłącznie o kilka miejsc postojowych.
Chodzi o sposób myślenia o mieście, o podporządkowywanie centrum samochodom,
o bardzo swobodne podejście do przepisów i wreszcie o pytanie, czy urząd nie próbuje
od lat urządzać przestrzeni trochę według prawa, a trochę według politycznej wygody.
W całej tej historii szczególnie uderzające jest bowiem to, że aby zwrócić uwagę
na coś tak podstawowego jak ustawowe 10 metrów bezpieczeństwa przed przejściem
dla pieszych, potrzebne były: miesiące korespondencji, wezwania przedsądowe, dokumentacja fotograficzna, zawiadomienie do Regionalnej Izby Obrachunkowej,
a ostatecznie również interwencja Wojewody.
I właśnie to mówi o tej sprawie chyba najwięcej.
Przepisy, które powinny być oczywiste
Cały spór dotyczy art. 49 Ustawy Prawo o ruchu drogowym. To przepis, który zabrania postoju:
· bliżej niż 10 metrów od przejścia dla pieszych,
· na skrzyżowaniu oraz w odległości mniejszej niż 10 metrów od niego.
Trudno uznać go za szczególnie skomplikowany. To jedna z podstawowych zasad bezpieczeństwa ruchu drogowego, mająca zapewnić pieszym i kierowcom odpowiednią widoczność w miejscach potencjalnie niebezpiecznych.
Mieszkaniec, który zgłosił sprawę, wskazał osiem lokalizacji na terenie Słupska, gdzie — według jego analizy — miejsca parkingowe zostały wyznaczone właśnie z naruszeniem
tych zasad. Do pisma dołączył szczegółową dokumentację fotograficzną oraz opisy poszczególnych punktów.
Nie były to pojedyncze przypadki rozsiane gdzieś na obrzeżach miasta.
Problem dotyczył ważnych ulic i skrzyżowań w centrum, m.in.:
· ul. Mostnika,
· ul. Mickiewicza przy II LO,
· ul. Armii Krajowej,
· ul. Wileńskiej,
· ul. Bema,
· ul. Łukasiewicza.
W opisach wielokrotnie powtarza się ten sam problem: zaparkowane samochody ograniczają widoczność pieszych i kierowców w miejscach wymagających szczególnej ostrożności.
I właśnie tutaj zaczyna się najbardziej interesująca część tej historii.
Bo trudno oprzeć się wrażeniu, że urząd od początku bardziej próbował uzasadniać istniejący stan rzeczy niż rzeczywiście zmierzyć się z problemem bezpieczeństwa ruchu drogowego. Po przedstawieniu dokumentacji i wskazaniu konkretnych naruszeń można było oczekiwać jasnej odpowiedzi: przeprowadzona analiza potwierdziła niezgodność części miejsc postojowych z przepisami Ustawy Prawo o ruchu drogowym, a organizacja ruchu zostanie dostosowana w określonym terminie.
Zamiast tego rozpoczęła się bardzo rozbudowana próba wykazania, że przepisy
wcale nie są tak jednoznaczne, jak mogłoby się wydawać.
Słupsk i „systemowa interpretacja” przepisów
W odpowiedzi skierowanej do mieszkańca Miasto stwierdziło, że nie podziela jego stanowiska i że przepisy art. 49 należy interpretować „systemowo”, z uwzględnieniem całej organizacji ruchu, znaków drogowych oraz indywidualnych warunków widoczności.
Urząd powoływał się przy tym nie tylko na znaki drogowe, geometrię skrzyżowań i pola widoczności, ale nawet na monografię prawniczą „System zarządzania ruchem drogowym w Polsce” J. Hasiewicza, dotyczącą zarządzania ruchem drogowym, próbując wykazać, że projekty organizacji ruchu mogą w praktyce modyfikować ogólne zasady wynikające z ustawy.
W praktyce cała argumentacja sprowadzała się do próby wykazania, że nawet tak jednoznaczny przepis można interpretować elastycznie, jeśli wymaga tego przyjęta organizacja ruchu.
I właśnie tutaj pojawia się największy problem całej tej sprawy.
Bo przepisy dotyczące bezpieczeństwa ruchu drogowego nie są tworzone po to,
by stosować je wybiórczo. Nie mają obowiązywać wyłącznie wtedy, gdy są wygodne
dla miasta, projektanta czy kierowców. Trudno też nie zauważyć pewnego paradoksu: zwykły kierowca tłumaczący parkowanie przy przejściu dla pieszych „indywidualną interpretacją widoczności” prawdopodobnie usłyszałby po prostu, że przepisy są jednoznaczne.
Najbardziej symboliczne pozostaje tłumaczenie… drzewem
Szczególnie mocno widać to przy ulicy Mickiewicza obok II Liceum Ogólnokształcącego.
Mieszkaniec wskazał, że miejsca postojowe znajdują się bezpośrednio przed przejściem
dla pieszych i ograniczają widoczność. Urzędnicy odpowiedzieli jednak, że problem widoczności nie wynika wyłącznie z miejsc parkingowych, ale również z obecności drzewa rosnącego przy budynku szkoły.
Ten fragment odpowiedzi Urzędu jest chyba najbardziej symboliczny dla całej sprawy.
Bo zamiast prostej refleksji nad bezpieczeństwem pieszych otrzymujemy próbę rozmycia odpowiedzialności i stworzenia wrażenia, że problem jest znacznie bardziej skomplikowany niż w rzeczywistości. Wojewoda Pomorska odpowiedziała jednak na to bardzo jednoznacznie, stwierdzając, że takie wyjaśnienia „nie wpływają na ocenę prawną”.
To jedno zdanie właściwie podsumowuje całą linię obrony miasta. Bo niezależnie od tego, czy obok rośnie drzewo, stoi znak, znajduje się słup czy latarnia — przepisy nadal obowiązują.
Wojewoda właściwie rozbiła argumentację miasta
Po analizie stanowiska słupskiego magistratu Wojewoda wydała negatywne oceny dla wszystkich wskazanych organizacji ruchu.
W dokumencie wielokrotnie pojawiają się sformułowania dotyczące:
· naruszenia przepisów,
· naruszenia standardów bezpieczeństwa,
· konieczności dostosowania organizacji ruchu do obowiązującego prawa.
To niezwykle istotne, ponieważ pokazuje, że organ nadzoru państwowego nie podzielił głównej argumentacji Miasta i nie uznał jej za wystarczającą.
Wojewoda zobowiązała również miasto do podjęcia konkretnych działań naprawczych. Do 30 września 2026 roku magistrat ma przedstawić zatwierdzone projekty organizacji ruchu zgodne z obowiązującymi przepisami. Miasto zostało również zobowiązane do przekazania protokołów kontroli przeprowadzonych po wdrożeniu nowych organizacji ruchu.
To już nie są luźne sugestie ani wymiana opinii pomiędzy mieszkańcem a urzędem.
Mamy do czynienia z formalną negatywną oceną organizacji ruchu wydaną przez organ nadzoru, który wprost wskazuje konieczność dostosowania rozwiązań do prawa.
Dla kogo dzisiaj projektuje się miasto?
W całej tej historii najbardziej niepokojące jest jednak coś jeszcze.
Kiedy przeanalizuje się kolejne przebudowy ulic w centrum Słupska, bardzo trudno oprzeć się wrażeniu, że pieszy od lat przegrywa tu z samochodem.
Przy niemal każdej przebudowie pojawiają się dodatkowe miejsca parkingowe, zwężają się chodniki, a przestrzeń dla pieszych staje się coraz bardziej ograniczona. Wszystko odbywa się często pod hasłem „uporządkowania przestrzeni”, choć w praktyce sprowadza się do dalszego podporządkowywania centrum ruchowi samochodowemu.
Momentami wygląda to tak, jakby miasto projektowano doraźnie, bez jednej spójnej wizji transportowej. Jakby kolejne decyzje były bardziej sumą kompromisów i prób „upchnięcia” następnych miejsc postojowych niż elementem świadomej polityki urbanistycznej. Tu uda się jeszcze „dorysować” jedno miejsce. Tam zmniejszyć fragment chodnika. Gdzie indziej przesunąć (lub zlikwidować) przejście albo zmienić organizację ruchu tak, by zachować kolejne miejsca postojowe.
To właśnie dlatego coraz więcej mieszkańców zaczyna odnosić wrażenie,
że Słupsk staje się zakładnikiem własnej polityki parkingowej.
Warto jednak uczciwie zauważyć, że są w Słupsku również przykłady realizacji idących w zupełnie przeciwnym kierunku. Najbardziej wyraźnym pozostaje przebudowa Starego Rynku, gdzie zrezygnowano z części miejsc parkingowych na rzecz przestrzeni pieszej i reprezentacyjnego charakteru centrum. Trudno nie odnieść jednak wrażenia, że w tym przypadku duże znaczenie miały również standardy związane z pozyskaniem funduszy zewnętrznych i współczesnym podejściem do rewitalizacji przestrzeni publicznych. Dziś coraz trudniej byłoby bowiem uzyskać środki na modernizację centralnego rynku miasta, pozostawiając go przede wszystkim parkingiem. Nie jest to zresztą wyłącznie problem Słupska. Polityka piesza niemal wszędzie okazuje się trudna i mało popularna. Likwidacja miejsc parkingowych wywołuje emocje, protesty i niezadowolenie kierowców. Znacznie łatwiej jest więc szukać kolejnych wyjątków, interpretacji i kompromisów.
Tyle że bezpieczeństwo pieszych nie powinno być elementem politycznych kalkulacji.
Dlatego dziś pojawia się bardzo poważna obawa:
czy po decyzji wojewody miasto rzeczywiście usunie część miejsc parkingowych,
czy raczej zacznie ograniczać infrastrukturę pieszą?
Tym bardziej, że mieszkańcy widzieli już podobne sytuacje wcześniej.
Choćby na ul. Sienkiewicza, gdzie dwa przejścia dla pieszych po prostu zniknęły.
A przecież odzyskana przestrzeń wcale nie musi oznaczać pustki. W miejscach, gdzie dziś znajdują się problematyczne miejsca parkingowe, mogłyby pojawić się niewielkie zielone wyspy, dodatkowe krzewy, stojaki rowerowe czy elementy małej retencji. Takie rozwiązania nie tylko uporządkowałyby przestrzeń i poprawiły bezpieczeństwo pieszych, ale również zwyczajnie uczyniłyby centrum miasta bardziej przyjaznym dla życia. W czasach, gdy samorządy coraz częściej mówią o walce z miejskimi wyspami ciepła i poprawie jakości powietrza, trudno nie zauważyć, że każda odzyskana przestrzeń może mieć znaczenie większe niż kolejne dwa czy trzy miejsca postojowe.
A w tle pozostają jeszcze pieniądze
Sprawa trafiła również do Regionalnej Izby Obrachunkowej.
W zawiadomieniu wskazano, że problem może dotyczyć około 24 miejsc postojowych.
Autor zawiadomienia szacuje, że jedno miejsce parkingowe w strefie płatnego parkowania może generować około 8 tys. zł rocznie wpływów. Przy wskazanych 24 miejscach dawałoby to nawet około 192 tys. zł rocznie potencjalnych wpływów do miejskiego budżetu. Wyliczenie ma charakter orientacyjny i opiera się na uproszczonym założeniu pełnego wykorzystania miejsc w czasie obowiązywania strefy płatnego parkowania.
I właśnie tutaj cała historia nabiera jeszcze poważniejszego wymiaru.
Bo jeśli miejsca zostały wyznaczone niezgodnie z prawem, pojawia się pytanie
nie tylko o bezpieczeństwo mieszkańców, ale również o legalność pobierania opłat parkingowych w tych lokalizacjach. To już nie jest wyłącznie dyskusja o organizacji ruchu, ale o sposób zarządzania miastem, o przestrzeganie prawa przez samorząd i o to, dlaczego do obrony podstawowych zasad bezpieczeństwa potrzebna była interwencja mieszkańca,
a później również wojewody. Wiele wskazuje więc na to, że to dopiero początek większej dyskusji o tym, komu właściwie ma służyć centrum Słupska — pieszym i mieszkańcom
czy przede wszystkim samochodom.
Jak ustaliliśmy, mieszkaniec złożył już dokumentację dotyczącą następnych lokalizacji
i kolejnych — jego zdaniem — błędnie wyznaczonych miejsc parkingowych w Słupsku. Można więc przypuszczać, że porządkowanie organizacji ruchu i dyskusja o tym,
dla kogo właściwie projektowane jest dziś centrum miasta, będą miały swój dalszy ciąg.
































