Jan Dydak – z samolotu do nowego życia w Słupsku

0
69
- reklama -

Jan Dydak, był najbardziej utytułowanym słupskim pięściarzem, ostatnim który zdobył medal igrzysk olimpijskich. Zmarł z powodu choroby, trzy lata temu, w 2019 roku. Obecnie powstaje książka, opisująca jego karierę. Poniżej prezentujemy jeden z jej fragmentów.

Dydak zaczynał karierę w GKS Jastrzębie. Szybko został dostrzeżony przez większe i silniejsze kluby. Takim też byli Czarni Słupsk. W latach `80 XX wieku MZKS był potentatem w bokserskiej ekstraklasie. Zawsze walczył o najwyższe laury, zawsze był w czołówce sportowej i organizacyjnej. Rządził ligą, jeśli tak można napisać, chociaż nie przekładało się to na kolejne tytuły. Legia kusiła możliwością odrobienia służby wojskowej. Gwardia  – podobnie, tyle że w milicji. Kluby śląskie – bogactwem i finansami, Czarni? Mieli to, oraz wszystko inne. Brzmi enigmatycznie, ale były to duże pieniądze dla zawodników, duże możliwości mieszkaniowe, aprowizacyjne i  jeszcze  – na dodatek – świetna organizacja. Pod tym względem w Słupsku każda kwestia była zapięta na ostatni guzik. A jeszcze dochodził argument spoza wachlarza licytacji – Morze Bałtyckie. Dla zawodników z głębi Polski miało to, w którymś momencie, niebagatelne znaczenie.

BOGACTWO CZARNYCH

 Dariusz „Tiger” Michalczewski został sprowadzony w tym samym momencie co Dydak. Tak wspominał w rozmowie z „Głosem Pomorza” w 1995 roku, co przekonało go do przejścia do Czarnych.

Kiedy w Gdańsku zdobyłem mistrzostwo Polski juniorów, chciałem się usamodzielnić. Od Stoczniowca chciałem 200 tys. zł (sumy sprzed denominacji – obecnie  to 20 tys.) i pokój, bo wtedy chodziłem z Dorotą (pierwsza żona Michalczewskiego). Nie dostałem nic. Miałem propozycję z Dębicy i Jastrzębia, ale to przecież duże wioski, no i tak daleko do domu. Ofertę zgłaszała jeszcze Legia Warszawa. Właściwie to nic nie proponowała, tylko żeby przejść. U nas w Gdańsku i na całym wybrzeżu nikt Legii nie lubi. W Słupsku też. No to Legii w ogóle nie brałem pod uwagę. W Słupsku wprowadzili mnie do M-4 i do tego pieniądze. Było tego chyba milion dwieście tysięcy. Aż mi się w głowie zakręciło! Wszystkie papiery podpisałem od ręki – wspominał Michalczewski.

Podobnie jak o nim, wieść o utalentowanym „Janku” trenującym w Jastrzębiu szybko dotarła do słupskich działaczy. Równie szybko zaczęli też działać, by Dydak, wszelkimi sposobami, znalazł się w Słupsku.

NAMAWIANIE

 Najpierw więc było podpatrywanie go na licznych turniejach, potem na imprezach rangi mistrzostw Polski. Później nastąpiły konkretne rozmowy. Finalnie, gdy przygotowywał się z reprezentacją Polski do występu w mistrzostwach Europy w Kopenhadze w 1987 roku, trenował w Cetniewie. Z Ośrodka Przygotowań Olimpijskich do Słupska było już blisko i tam, blisko Władysławowa, doszło do ostatecznych pertraktacji. Tam też Dydak zgodził się na przenosiny nad Słupię. Także tam doszło do porozumienia. Zakładało ono, że po pobycie w Cetniewie, wylocie do Kopenhagi, występie w ringu i bezpośrednim powrocie, tuż po przylocie do Warszawy, prosto z lotniska zostanie odebrany i trafi nad Słupię.

OPERACJA „PORWANIE”

Był 1986 rok. Samolot LOT-u z Kopenhagi wylądował na lotniku w Warszawie. Dotknął pasa startowego i dosyć szybko podkołował pod budynek, gdzie odbywały się odprawy. W Warszawie tego dnia świeciło nawet słońce. W poczekalni stały grupki działaczy, którzy mieli odebrać swoich zawodników i rozwieść tradycyjnie do klubów. Zbliżały się kolejne mecze ligowe. Młodzi pięściarze na kadrze przebywali długo, a trzeba było już zacząć pracować na rzecz klubów.   W gronie witających byli też dwaj działacze Czarnych Słupsk.

Oficjalnie przyjechali po swoich, czyli Jacka Gmińskiego i Cezarego Banasiaka, którzy w Kopenhadze zdobyli brązowe medale. Jednak dodatkowo mieli inną misję: mieli zabrać ze sobą do Słupska Jana Dydaka i Darka Michalczewskiego, a także kolejnego nakłonionego do występów w Słupsku zawodnika Rafała Niedbalskiego – wtedy reprezentującego jeszcze Sokoła Piła.  

– Wyjechaliśmy ze Słupska popularną nyską, wypożyczoną z jednego ze słupskich zakładów, który był wtedy opiekunem klubu – wspomina działacz odpowiedzialny za odbiór zawodników i przygotowanie całej wyprawy.  – Pojechaliśmy nią do Warszawy. Było nas dwóch, już w Warszawie przygotowaliśmy ostatnie szczegóły. Ustalenia były takie: zawodników Czarnych Jacka i Czarka odbierał jeden z nas. I tak było. Po wylądowaniu i odprawie przywitał się z nimi. Pomógł im odebrać bagaże, wtedy również nastąpiło przekazania informacji pozostałej trójce – Rafałowi Niedbalskimu, Jankowi Dydakowi i Darkowi Michalczewskiemu. Mieli kierować się, po wyjściu z hali przylotów, do zielonego fiata 125p na warszawskich numerach rejestracyjnych. Przy samochodzie czekał na nich kolejny działacz Czarnych – opowiada.

Cała akcja polegała na tym, żeby zmylić trop i nie dać powodów do spekulacji, że to słupszczanie porwali zawodników. Dlatego mieli być oni najpierw wsadzeni do wspomnianego fiata. Ten miał dowieźć wszystkich zainteresowanych do mieszkania w innej dzielnicy Warszawy, gdzie mieli się przesiąść do „słupskiej” nyski i rozpocząć już podróż do Słupska. Fiat na warszawskich numerach był pożyczony od stołecznej rodziny działacza Czarnych. Tego, który odbierał ich przed budynkiem lotniska.    

Dydak, Michalczewski i Niedbalski nie znali go. On jednak znał ich, wiedział jak wyglądają i czekał na ich wyjście z budynku LOT-u. Dla niego nie stanowiło to żadnego problemu. – Jak tylko wyszli na zewnątrz, to ja do nich podszedłem. Przywitaliśmy się i poszliśmy razem do samochodu. Załadowali bagaże, trzasnęła klapa bagażnika i szybko ruszyliśmy – kontynuuje. 

Sytuacja była jednak dramatyczna. Na lotnisku był obecny wuj Darka Michalczewskiego, który był trenerem Stoczniowca Gdańsk, jego ówczesnego klubu. Gdy wuj dowiedział się, że Darek nie chce wracać do Gdańska doszło do ostrej wymiany zdań. Darek powiedział, że nie wraca do Gdańska, że odchodzi z klubu. Był to duży szok dla wszystkich obecnych na lotnisku.

 – Kiedy przylecieliśmy z mistrzostw Europy w Danii, na Okęciu witały nas rodziny i kluby. Przyjęliśmy kwiaty i powiedzieliśmy, że musimy jechać na spotkanie z Polskim Związkiem Bokserskim. Pojechaliśmy do Słupska. Prasa napisała „Porwani z Okęcia”! Jakie porwanie? Przecież wszystko było za naszą – porwanych – zgodą – opowiadał we wspomnianym wyżej wywiadzie Michalczewski. 

Jego życie wtedy ściśle splotło się z życiem Janka Dydaka. Byli kolegami już w kadrze, ale przez najbliższy rok w Słupsku, w jednostkach wojskowych w Koszalinie i w Warszawie mocno się zaprzyjaźnili.

– Wtedy, na lotnisku, powstało duże zamieszanie, wsiedliśmy we czwórkę do fiata – był z nami jeszcze kierowca – właściciel tego auta i odjechaliśmy na Żoliborz do jego mieszkania. Byliśmy tak umówieni, że spotkamy się 
z pozostałymi podróżnikami do Słupska, właśnie na Żoliborzu. Zrobiliśmy autem parę rundek po okolicy, aby się zorientować, czy ktoś nie jedzie za nami. Na szczęście nikomu nie wpadło to do głowy. Przyjechaliśmy na Żoliborz, wypiliśmy kawę, herbatę, no i jak się zorientowaliśmy, że jest spokój, że nikt za nami nie jechał, to wsiedliśmy do nyski (w niej czekali Gmiński i Banasiak) i udaliśmy się w kierunku Słupsku – opowiada ówczesny działacz Czarnych.

CZARNA WOŁGA

Zawodnicy jechali nysą nad morze, a w tym samym czasie inne auto Czarnych, osobowa wołga, odbierała w Gdańsku z domu Dorotę – narzeczoną Darka Michalczewskiego. To był jego warunek, aby Dorota była z nim w Słupsku. Była już wtedy w ciąży. Chodziła do szkoły średniej, do liceum. Życzenie Darka zostało spełnione. Jak nyska dojechała do Słupska, późnym wieczorem, to już tu spotkali się wszyscy.

 

Na miejscu rozmawiał z nimi Marian Boratyński. Ówczesny wiceprezes Czarnych, znany doskonale przez inne kluby, był także działaczem Polskiego Związku Bokserskiego. Jego obecność na lotnisku w Warszawie od razu podpowiedziałaby, gdzie podziali się zawodnicy. Absencja powodowała tajemnicę. Dzięki temu Czarni kupili sobie więcej czasu, by opanować sytuację, narzucić swoją narrację wydarzeniom i urządzić młodych pięściarzy w mieście. To Boratyński stał za pomysłem sprowadzenia zawodników do Słupska, on ich namawiał, także jeszcze przed wyjazdem do Kopenhagi, w Cetniewie. On przedstawiał warunki w jakich będą mogli żyć i rozwijać się sportowo. Jednak szczegółowy plan „porwania” i jego wykonanie pozostawił innym. Czarni byli wtedy sprawnie działającą maszyną, każdą przeszkodę byli w stanie ominąć. Tak było i tym razem. Dydak znalazł się w Słupsku, i tak rozpoczął się najważniejszy rozdział jego życia. Tutaj wkrótce poznał swoją żonę, tutaj zadebiutował w kadrze Polski w meczu Polska – Anglia, tutaj wyboksował medale mistrzostw Polski seniorów i igrzysk olimpijskich.

MAMA ZŁAGODNIAŁA

Zanim tak się stało, Czarni musieli ugasić gniew mamy Janka Dydaka, która przybyła do Słupska z działaczami GKS, by namówić go na powrót. Wpadła do klubu, zrobiła karczemną awanturę! Emocje opadły, gdy zobaczyła pięknie urządzone mieszkanie, jakie Czarni przygotowali dla Janka i w jakim przyszło mu żyć. Jaka to była odmiana w porównaniu do tego, co miał w Jastrzębiu. Tam nie potrafiono tak o niego zadbać. Potem powiedziano o sumach, jakie będzie zarabiał, o nauce w Zespole Szkół Budowlanych. Na sam koniec słupski klub załatwił mamie Janka stoisko na promenadzie w Ustce, w którym przez kilka kolejnych lat sprzedawała gofry i placki ziemniaczane. Rodzicielka była niezwykle ukontentowana. I trudno się dziwić… Bardzo szybko przekonała się, że jej syn będzie miał w Czarnych, w porównaniu z innymi, eldorado. Dlatego łatwo przystała na jego przeprowadzkę.

Anegdotycznie niech zabrzmi więc w tym kontekście na koniec historia, że wspomniani wcześniej działacze GKS Jastrzębie dwukrotnie w przeciągu dwóch dni pojawili się na posterunku miejskim milicji przy ul. Reymonta w Słupsku. Pierwszego dnia, kiedy przyjechali do miasta, zgłosili, że zaginął Jan Dydak i mają przypuszczenia, że ich zawodnika ściągnęli do Słupska Czarni. Drugiego dnia ci sami działacze zgłosili na tym samym posterunku zaginięcie mamy Dydaka….

Zamiast w hotelu z nimi, nocowała już w nowym mieszkaniu Janka.

TO BYŁ POCZĄTEK

Nie był to jednak koniec boju o utalentowanego pięściarza. Do sprawy wmieszała się Legia Warszawa, powołała do wojska Dydaka i Michalczewskiego. Jak Czarni uratowali swoich zawodników? To już kolejna historia.

Tekst na podstawie materiałów zbieranych do książki o Janie Dydaku przygotowywanej przez Jana Wodeckiego i Rafała Szymańskiego.

- reklama -

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here