Rewolucja zaczyna się od spojrzenia w innym kierunku. O premierze w Teatrze Tęcza

0
334
Fot. Magda Tramer, arch. Teatr Tęcza

To zdanie pada w spektaklu „Kto ukradł moje sny?” i jest prawdopodobnie najważniejszym kluczem do odczytania najnowszej premiery Teatru Tęcza. Bo choć tytuł sugeruje historię
o utraconych marzeniach, tak naprawdę Katarzyna Kasica napisała dramat o czymś znacznie bardziej niepokojącym. O świecie, w którym człowiek stopniowo oddaje nie tylko sny, ale także pamięć, wyobraźnię, zdolność odczuwania bólu, własną tożsamość
i odpowiedzialność za samego siebie.
I robi to dobrowolnie.
To właśnie sprawia, że spektakl Filipa Szatarskiego zostaje z widzem na długo po wyjściu z teatru.

Paradoksalnie, choć „Kto ukradł moje sny?” powstał z myślą o młodym widzu, najmocniej wybrzmi prawdopodobnie wśród dorosłych. To właśnie oni najlepiej rozpoznają mechanizmy, o których opowiada spektakl: pokusę wygody, zmęczenie odpowiedzialnością, zgodę na małe ustępstwa, które z czasem stają się sposobem życia. Nie jest to teatr lekki ani rozrywkowy. Nie próbuje nikogo zabawiać. Wręcz przeciwnie – zmusza do konfrontacji
z pytaniami, od których na co dzień bardzo często uciekamy. O własną wolność, wygodę, cenę bezpieczeństwa. O to, ile jesteśmy gotowi oddać, by nie musieć pamiętać, czuć, przeżywać i myśleć.

Sceniczny świat przypomina labirynt. Miasto bez początku i końca. Miasto, które nie śpi
i nie śni. Miasto, w którym ludzie funkcjonują bardziej jak elementy systemu niż żywe osoby.

Już otwierająca scena robi ogromne wrażenie. Ludzie w maskach wyciągają Rebela
z widowni i wprowadzają go do świata spektaklu. Właściwie nie oglądamy narodzin bohatera, ale moment jego przejęcia przez system. To niezwykle mocna metafora,
bo przecież każdy z nas w pewnym stopniu uczestniczy dziś w rzeczywistości, która próbuje zagospodarować nasz czas, uwagę, emocje.

Największą siłą spektaklu jest jego wieloznaczność.

Można odczytywać go jako opowieść o systemie politycznym, mediach społecznościowych, konsumpcjonizmie, depresji. O społeczeństwie zmęczenia, samotności, cyfrowym świecie, któremu coraz częściej oddajemy własną kreatywność i koncentrację. Każdy znajdzie tu własną interpretację. Bo sny są tylko metaforą. W rzeczywistości oddajemy znacznie więcej. Oddajemy wspomnienia, ból, swój jakże cenny czas. Oddajemy zdolność zadawania pytań i często robimy to sami, z własnej woli.

Najbardziej przejmująca jest dla mnie scena, w której pada prawda o całym mechanizmie. Nie było żadnego złodzieja. Nikt nie przyszedł, by ukraść mieszkańcom ich sny. „Najpierw był strach. Potem ulga. Potem przyzwyczajenie”. A później wszyscy zaczęli powtarzać,
że przecież zawsze tak było.
Trudno nie odnieść wrażenia, że ten fragment mówi znacznie więcej o współczesności
niż o teatralnej dystopii. Bo system przedstawiony przez Kasicę nie opiera się na przemocy. Oferuje komfort, bezpieczeństwo i spokój. Zwalnia z konieczności samodzielnego myślenia. A człowiek bardzo łatwo przyzwyczaja się do świata, który nie wymaga od niego odwagi.

Dlatego jednym z najciekawszych wątków spektaklu nie jest wcale bunt, lecz moment, który go poprzedza. Rewolucja nie zaczyna się tutaj od barykad. Zaczyna się od spojrzenia w innym kierunku.
Rebel mówi, że bunt przychodzi później, kiedy człowiek już wie, że ma oczy.
To jedno z najważniejszych zdań całego przedstawienia. W świecie spektaklu wystarczy spojrzeć inaczej niż wszyscy, by dostrzec drzwi w ścianie, która przez lata wydawała
się zwykłym murem.

Ale ten motyw ma jeszcze głębsze znaczenie, bo kiedy już coś zobaczymy, nie możemy wrócić do dawnej niewiedzy.
Człowiek, który zaczyna myśleć samodzielnie, który zadaje pytania, który nie zgadza
się na gotowe odpowiedzi, już nigdy nie będzie taki sam. I właśnie o tym mówi Iluzjonista, ostrzegając, że każdy, kto zacznie patrzeć w innym kierunku, stanie się kimś innym.

Nie lepszym. Nie gorszym. Po prostu innym.”

To niezwykle aktualna obserwacja. Wystarczy spojrzeć na współczesne życie publiczne. Bardzo często człowiek, który ma odwagę mówić inaczej, oczekiwać więcej albo krytykować zastany porządek, natychmiast zostaje uznany za problem. Za wichrzyciela. Za marudę.
Za tego, który nie pasuje. Tymczasem często nie robi nic więcej poza tym, że patrzy.
W tym sensie „Kto ukradł moje sny?” jest również spektaklem o samotności ludzi,
którzy nie chcą pogodzić się z rzeczywistością tylko dlatego, że stała się normą.

Na ogromne uznanie zasługuje cały zespół aktorski. Filip Szatarski zdecydował
się na bardzo formalny sposób prowadzenia aktorów. Nie ma tu psychologicznego realizmu ani łatwego grania emocjami. Jest za to ogromna dyscyplina, precyzja i świadomość wspólnego celu. Aktorzy wiedzą, że uczestniczą w opowieści, której siła tkwi
nie w indywidualnych popisach, lecz w konsekwentnym budowaniu wspólnego świata.
I właśnie dlatego ten teatralny mechanizm działa tak dobrze.

Szczególne brawa należą się Mikołajowi Prynkiewiczowi. Rebel jest obecny niemal przez cały spektakl i to właśnie przez jego doświadczenie poznajemy reguły rządzące miastem. Prynkiewicz prowadzi widza przez kolejne warstwy tej historii z dużą naturalnością,
a jednocześnie nie gubi jej symbolicznego charakteru. Warto docenić również wymagającą stronę fizyczną tej roli. Sceny ruchowe i choreograficzne zasługują na duże uznanie.
To rola wymagająca nie tylko aktorsko, ale również potrzebująca ogromnej sprawności
i scenicznej koncentracji.

Równie ważną postacią jest Bella w interpretacji Magdaleny Kamińskiej. To bohaterka zawieszona pomiędzy dwoma światami – systemem, którego jest częścią, a rodzącym
się buntem przeciwko niemu. Aktorka bardzo subtelnie prowadzi tę przemianę, unikając łatwych środków i budując postać pełną wewnętrznych pęknięć. Bella staje się jednym
z emocjonalnych fundamentów całej opowieści, a jej droga pokazuje, że przebudzenie rzadko przychodzi nagle. Częściej rodzi się z wątpliwości, niepewności i coraz trudniejszych pytań.

Interesująco wybrzmiewa również Lord grany przez Piotra Mereckiego. To postać niosąca jeden z ważniejszych tematów spektaklu – pamięć jako fundament ludzkiej tożsamości. Lord od lat przechowuje ostatnie wspomnienie sprzed miasta. Nie pamięta już nawet,
co ono zawiera, ale intuicyjnie wie, że dopóki je posiada, dopóty zachowuje część samego siebie. Merecki buduje tę postać oszczędnie, lecz niezwykle sugestywnie. Lord nie jest rewolucjonistą ani przywódcą buntu. Tworzy mapę. Próbuje odnaleźć drogę i zachować świadomość, że poza systemem istnieje jeszcze jakiś inny świat. Właśnie za tę próbę zostaje skazany. Nie na śmierć, lecz na coś być może jeszcze bardziej przerażającego – zapomnienie.

W świecie „Kto ukradł moje sny?” największą karą okazuje się właśnie zapomnienie, które może być traktowane również jak utrata pamięci. Odebranie człowiekowi historii jego życia, doświadczeń, emocji i wszystkiego, co pozwala odpowiedzieć na pytanie, kim właściwie jest. To jeden z tych wątków, które pozostają w widzu długo po zakończeniu spektaklu.
Bo utrata pamięci okazuje się tutaj czymś równie ostatecznym jak śmierć. Człowiek pozostaje fizycznie obecny, ale przestaje być sobą. Traci historię własnego życia, doświadczenia, emocje, relacje. Traci fundament własnej tożsamości.
Dla niego to śmierć. Dla jego bliskich również.
Nie sposób nie myśleć w tym momencie o wszystkich ludziach dotkniętych chorobami odbierającymi pamięć. O rodzinach, które każdego dnia patrzą, jak ktoś bliski znika,
choć nadal siedzi obok nich przy stole.

Bardzo dobre kreacje tworzą również Hubert Skonieczka jako Iluzjonista, Ilona Zaremba jako Kobieta, Która Pamięta, oraz Adam Poboży jako Nakręcacz. Szczególnie ten ostatni prowadzi jedną z najbardziej poruszających przemian w całej historii –
od mechanicznego elementu systemu do człowieka odzyskującego pamięć, emocje
i zdolność zadawania pytań.

Warto zatrzymać się także przy postaci Kobiety, Która Pamięta. Ilona Zaremba buduje
ją z dużą subtelnością i wewnętrznym spokojem, dzięki czemu staje się ona czymś więcej niż tylko bohaterką tej opowieści. W świecie zbudowanym na zapominaniu jest strażniczką pamięci, ale także świadkiem tego, co zostało utracone. To rola pełna melancholii,
a jednocześnie cichej siły, która bardzo dobrze równoważy emocjonalnie pozostałe postacie.

Ważnym światłem tej opowieści pozostaje Kobieta z Dzieckiem grana przez Izabelę Nadobną-Polanek. W świecie zbudowanym na zapominaniu i podporządkowaniu staje
się symbolem wyobraźni, nadziei i wolności. Aktorka wnosi do spektaklu potrzebny oddech oraz przypomnienie, że nawet najbardziej szczelny system nie jest w stanie całkowicie podporządkować sobie ludzkiego marzenia.

Na uwagę zasługuje również debiut Małgorzaty Stecz w roli Herolda. Na co dzień związana z Teatrem Tęcza jako pedagog, tym razem pojawia się na scenie w zupełnie nowej odsłonie i bardzo dobrze odnajduje się w tej nieoczywistej roli.

Nie sposób pominąć także muzyki Huberta Zemlera, która nie pełni funkcji ilustracyjnej. Jest integralną częścią spektaklu, prowadzi aktorów, buduje napięcie i współtworzy emocjonalny krajobraz tej historii. Muzyka nie towarzyszy wydarzeniom – ona razem
z nimi oddycha.
Nad całością unosi się jeszcze głos Anny Rau jako Syreny. To jedna z tych obecności scenicznych, które nie potrzebują wielu minut, by pozostać w pamięci. Jej pieśń otwiera
i zamyka opowieść, wprowadzając niepokój, tajemnicę i poczucie, że gdzieś poza labiryntem nadal istnieje świat, którego nie udało się całkowicie zapomnieć.
Rau po raz kolejny udowadnia, że potrafi stworzyć rolę, która nie potrzebuje wielu słów,
by wywołać emocje.

Czy spektakl ma słabe strony?
Tak. Jest zbyt długi.
Momentami widz zaczyna odczuwać zmęczenie ciężarem kolejnych tematów, symboli
i znaczeń. Szczególnie projekcje, związane ze snami wydają się miejscami zbyt rozbudowane. Choć pełnią ważną funkcję, mogłyby zostać skrócone bez szkody dla całości.
Paradoksalnie jednak nawet to zmęczenie zaczyna pracować na rzecz przedstawienia.
W pewnym momencie sami chcemy znaleźć wyjście. Tak jak bohaterowie.
I właśnie wtedy zaczynamy rozumieć, że ten spektakl nie opowiada wyłącznie o świecie
na scenie. Opowiada o nas. O tym, jak łatwo przyzwyczaić się do rzeczy, które nigdy
nie powinny stać się normą. Jak łatwo oddać własne marzenia, pamięć, wyobraźnię
i wolność w zamian za święty spokój. I o tym, że czasem największym aktem odwagi
nie jest walka.
Jest nim spojrzenie w innym kierunku. Bo kiedy już zobaczymy drzwi, których wcześniej
nie dostrzegaliśmy, nigdy nie będziemy tym samym człowiekiem.

Zachęcam do obejrzenia tego spektaklu. Zwłaszcza tych, którzy od teatru oczekują czegoś więcej niż rozrywki. „Kto ukradł moje sny?” nie jest przedstawieniem łatwym
ani komfortowym. Nie próbuje przypodobać się widzowi. Zmusza natomiast do zatrzymania się i spojrzenia w innym kierunku. A skoro, jak przekonują twórcy, właśnie od tego zaczyna się każda zmiana, być może warto na chwilę pozwolić sobie zobaczyć więcej niż zwykle.

Obsada:
Bella – Magdalena Kamińska/Alicja Gierłowska,
Kobieta z dzieckiem – Izabela Nadobna-Polanek,
Syrena – Anna Rau, Handlarz – Małgorzata Stecz,
Kobieta która pamięta – Ilona Zaremba,
Lord – Piotr Merecki,
Nakręcacz – Adam Poboży,
Rebel – Mikołaj Prynkiewicz,
Iluzjonista – Hubert Skonieczka,
Maciej Gierłowski – głos.

Tekst i dramaturgia – Katarzyna Kasica
Reżyseria i choreografia – Filip Szatarski
Scenografia – Anna Tomczyńska
Muzyka – Hubert Zemler
Wizualizacje – Szymon Rogiński

Repertuar Teatru Tęcza: Repertuar | Teatr Lalki Tęcza

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here