Koncert z innego czasu

0
510

Zdarzają się takie koncerty, po których nie wstaje się z miejsca od razu. Jeszcze przez chwilę siedzi się w fotelu, jakby z cichą nadzieją, że artyści wrócą na scenę
i dopowiedzą coś, co już wybrzmiało. Taki był wczorajszy wieczór inaugurujący Festiwal Musical Nad Słupią – kameralny, elegancki, a przy tym zaskakująco intymny. Zamiast głośnego, efektownego otwarcia otrzymaliśmy spotkanie
z muzyką, która nie potrzebuje nadmiaru, by znaczyć wiele.

W repertuarze znalazły się utwory z filmu Pamiętnik Pani Hanki, z muzyką skomponowaną przez Jerzego Wasowskiego i tekstami autorstwa Antoniego Marianowicza – twórców, którzy połączyli lekkość z elegancją i melodyjność z literacką finezją. Kompozycje Wasowskiego są jak dobrze skrojony garnitur: nie krzyczą, nie epatują, ale od pierwszego dźwięku wiadomo, że mamy do czynienia z klasą. Z kolei libretto – inteligentne, pełne subtelnej ironii i wdzięku – nadaje tym utworom ponadczasową świeżość.

Piosenki w przedwojennej stylizacji bywają dziś traktowane jak sentymentalna pocztówka
z minionej epoki. Ale w czasach, w których kultura często ulega przyspieszeniu
i nadprodukcji bodźców, spotkanie z nimi działa niemal jak oczyszczenie. Bez przesytu,
bez efekciarstwa, bez dźwiękowego nadmiaru. Tylko melodia, tekst i człowiek na scenie.
Ci, którzy znają tę muzykę, z pewnością docenią wierność stylowi i szacunek dla oryginału. Młodsze pokolenie – jeśli da sobie szansę na chwilę skupienia – może ją po prostu polubić. Bo dobra melodia broni się sama. Wczorajszy koncert był dowodem, że między epokami można zbudować most, jeśli tylko wykonawcy wiedzą, jak go poprowadzić.

Aleksandra Cybula potwierdziła swoją klasę i sceniczne doświadczenie. Jej warsztat wokalny daje poczucie bezpieczeństwa nawet w trudniejszych fragmentach. Swoboda prowadzenia frazy, kontrola oddechu i – co szczególnie istotne w tym repertuarze – znakomita dykcja sprawiły, że teksty wybrzmiewały klarownie i z pełnym znaczeniem.
W tym przypadku słowo nie jest dodatkiem – jest równorzędnym partnerem melodii.
Cybula doskonale to rozumie.

Anna Rau była naturalna i szczera. Jej śpiew miał pewną miękkość i wdzięk, ale też wyczuwało się pracę włożoną w interpretację. Nie było w tym ani przesady, ani sztucznej stylizacji. Była konsekwencja i kultura wykonawcza. Talent, który w jej przypadku idzie
w parze z rzetelnością, przynosi efekty widoczne i – co ważniejsze – słyszalne.

Hubert Skonieczka okazał się pozytywnym zaskoczeniem. Znany z ról o innej energii scenicznej, tutaj pokazał oblicze bardziej liryczne i zdyscyplinowane. W jego interpretacjach pojawiła się powściągliwość, która w tym repertuarze jest cnotą. To jeden z tych momentów, gdy artysta wychodzi poza przyzwyczajenia widza i udowadnia swoją wszechstronność.

Warto przypomnieć, że Hubert Skonieczka, Anna Rau i Ilona Zaremba na co dzień
są aktorami Teatru Tęcza. Najczęściej oglądamy ich w rolach bajkowych, w przestrzeni teatru lalek, który rządzi się odmienną estetyką i dynamiką. Tym bardziej cieszy, że „nasza Tęcza” ma w swoich szeregach artystów tak świadomych i muzykalnych, którzy pokazali,
że potrafią z równą swobodą poruszać się w repertuarze klasycznym i wymagającym.

Nie sposób pominąć roli Krzysztofa Plebanka. Jego akompaniament był wyważony i czujny. Prowadził wykonawców z wyczuciem stylu, pilnując rytmicznej dyscypliny i charakteru muzycznej narracji, reagując na najmniejsze niuanse interpretacyjne. Między instrumentem a głosami naprawdę toczył się dialog – uważny, partnerski, momentami niemal konwersacyjny. To była współpraca żywa i świadoma, nie jedynie dyskretne tło.

Jeśli miałabym wskazać jedyny niedosyt, to byłby nim czas trwania koncertu. Ten wieczór minął zdecydowanie za szybko. Z podobnym wrażeniem – jak dało się słyszeć w rozmowach po wyjściu – wychodziło wielu widzów. Chciało się jeszcze jednego utworu, jeszcze jednej historii. A to przecież najpiękniejsza forma uznania.
Można też odnieść wrażenie, że przy kilku dodatkowych próbach, przy subtelnym doszlifowaniu detali, mielibyśmy wykonanie niemal mistrzowskie. To jednak drobna uwaga – bardziej sygnał potencjału niż realny mankament. Fundament jest mocny, a kierunek – właściwy.
To koncert, który bez wątpienia powinien na stałe zagościć w kulturalnym repertuarze miasta. W czasach przesytu i pośpiechu takie spotkania z klasą i umiarem są czymś więcej niż wydarzeniem artystycznym. Są przypomnieniem, że w kulturze wciąż jest miejsce na styl, na inteligentne słowo i na melodię, która nie musi krzyczeć, by zostać zapamiętaną.

Festiwal Musical Nad Słupią potrwa do niedzieli, oferując jeszcze konkursowe przesłuchania i warsztaty dla uczestników – przestrzeń do pracy nad interpretacją i techniką. Jeśli jednak początek jest zapowiedzią całości, można mieć uzasadnione oczekiwania. Ten festiwal rozpoczął się tonem wysokim – i, co ważniejsze, tonem z klasą. To obietnica, że nad Słupią muzyka musicalowa ma się dobrze – i, że jej przyszłość może być ciekawa.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here