Co może zrobić dziecięca wyobraźnia z drabiny, pędzla, folii, puszki i kawałka materiału? Właściwie wszystko. Drabina może stać się górą, łóżeczko – statkiem, dywan – jeziorem, a zwyczajny przedmiot, który jeszcze przed chwilą leżał gdzieś w pokoju, może nagle ruszyć w wielką podróż. W Teatrze Lalki Tęcza w Słupsku tej jesieni wyrusza w nią także Koziołek Matołek. I wygląda na to,
że po dziewięćdziesięciu czterech latach od powołania na świat wciąż
ma dzieciom coś do powiedzenia.
3 października na scenie Tęczy premiera „Koziołka Matołka” w reżyserii Łukasza Molskiego. To spektakl dla najmłodszych widzów – od trzeciego roku życia – ale pomysł, na którym został zbudowany, jest ciekawy także dla tych, którzy do teatru przyjdą z sentymentu.
Bo Koziołek, którego pamiętają rodzice i dziadkowie, tym razem nie pojawia się w wielkim, bajkowym świecie. Jego przygoda zaczyna się od remontu. A remont, jak wiadomo, z bajką ma niewiele wspólnego. I właśnie dlatego okazuje się dobrym początkiem teatralnej zabawy.
Od 1932 roku w drodze do Pacanowa
Kiedy w 1932 roku ukazało się „120 przygód Koziołka Matołka”, zapewne nikt
nie przypuszczał, że mały, nieco naiwny i wiecznie pakujący się w tarapaty bohater
na dobre zadomowi się w polskiej kulturze. Koziołka stworzyli Kornel Makuszyński i Marian Walentynowicz – pierwszy odpowiadał za tekst, drugi za charakterystyczną stronę graficzną. Ich wspólne dzieło było jedną z pierwszych polskich historii obrazkowych
dla dzieci i dziś uznawane jest za jednego z prekursorów polskiego komiksu.
Pomysł był prosty i genialny zarazem: Koziołek wyrusza w świat, bo chce dotrzeć
do Pacanowa, gdzie – jak głosi słynna opowieść – kozy kują. Po drodze przeżywa kolejne przygody, spotyka ludzi i zwierzęta, trafia w najdziwniejsze miejsca, a przede wszystkim
nie przestaje iść. Koziołek był więc od początku bohaterem drogi. Trochę naiwnym, trochę pechowym, często wpadającym w tarapaty, ale niezwykle wytrwałym. I właśnie ta jego cecha szczególnie zainteresowała twórców słupskiej inscenizacji.
O tym, jak z Koziołka zrobić nie tylko wspomnienie z dzieciństwa, ale także pretekst
do własnej zabawy w teatr, rozmawiam z reżyserem Łukaszem Molskim.
Urszula Markowska: Koziołek Matołek ma ponad 90 lat, a kolejne pokolenia dzieci dorastają już w zupełnie innym świecie. Co trzeba zrobić z takim bohaterem, żeby nie stał się sceniczną pocztówką z dzieciństwa rodziców i dziadków?
Łukasz Molski: Mamy pomysł, żeby przy pomocy Koziołka Matołka pokazać, że teatr może być zabawą, którą można zabrać ze sobą do domu. Bardzo mocno korzystam tutaj ze swojego wykształcenia i doświadczenia pedagogicznego. Miałem szczęście zetknąć się podczas studiów z dorobkiem profesor Marii Przetacznik-Gierowskiej i środowiska polskiej psychologii rozwojowej zajmującego się dzieciństwem.
Zawsze ciekawiło mnie, skąd właściwie bierze się teatr. Tadeusz Dorman szukał jego źródeł właśnie w dziecięcych grach i zabawach – obserwował dzieci i to, w jaki sposób się bawią. Ja mogę już korzystać zarówno z tego, co Dorman zbadał i opisał, jak i z prac Jeana Piageta poświęconych temu, jak dziecko postrzega świat. Na próby przynoszę ze sobą trzy jego książki.
I z tego myślenia wyrasta nasz spektakl. Budujemy go na bardzo prostych zasadach dziecięcej zabawy. Punktem wyjścia jest Koziołek – zwyczajna maskotka, która nagle ożywa. Od tej chwili razem z nią ożywa cały otaczający ją świat. Kolejne miejsca, podróże
i postaci aktorzy tworzą z przedmiotów znajdujących się w pokoju, który staje się przestrzenią teatralnej gry.
UM: Na ile spektakl pozostaje wierny tekstowi, a na ile jest już zupełnie
inną opowieścią?
ŁM: Tekstowi? W stu procentach. Mamy sytuację wyjściową, rodzaj prologu, który tłumaczy, w jaką grę się bawimy i skąd w tym świecie pojawia się Koziołek. Chodzi o to, żeby dzieci od początku rozumiały zasady tej zabawy.
Kiedy jednak rusza właściwa przygoda, pozostajemy przy tekście Makuszyńskiego. Oczywiście z drobnymi skrótami, bo ta historia ma ponad 90 lat i nie wszystkie
jej fragmenty są dziś równie czytelne dla współczesnych dzieci.
UM: Kiedy opowiadasz o spektaklu, mam wrażenie, że jego drugim bohaterem – obok Koziołka – jest wyobraźnia.
ŁM: To prawda. Mamy takie marzenie, żeby po spektaklu widz wrócił do domu i z tym,
co ma pod ręką, sam pobawił się w teatr. Żeby pomyślał: mam swojego bohatera, którego lubię, spróbujmy go ożywić i wymyślić jego przygody.
Może też symbolicznie zabrać ze sobą naszego Koziołka i stworzyć własną wersję jego podróży. Rozejrzeć się po pokoju i znaleźć rzeczy, które nagle staną się wozem, jeziorem, księżycem albo pozwolą wyruszyć w podróż do Chin.
UM: Punktem wyjścia spektaklu jest remont. Sytuacja bardzo zwyczajna, właściwie mało teatralna. Dlaczego zaczynacie właśnie od codzienności, zamiast od razu przenieść widza do bajkowego świata?
ŁM: Bo gdybyśmy od razu znaleźli się w bajkowym świecie, zabrakłoby nam prawdziwego pretekstu do zabawy w teatr. A tutaj łóżeczko dziecięce może stać się statkiem, drabina górą, a pędzel szablą. Możemy też zapytać: czego potrzeba, żeby stworzyć jezioro?
Czy dywan jest wystarczająco głęboki, żeby można było w nim pływać? Takich rozwiązań wciąż szukamy, bo jesteśmy jeszcze na etapie prób. Zależy nam, żeby były czytelne
dla widza, ale jednocześnie dawały aktorom przestrzeń do zabawy.
UM: W spektaklu ważna jest też rodzinna pamiątka. Czy chodzi tu również
o pamięć – o przedmioty, które przechowują historie i potrafią połączyć świat dziecka ze światem wcześniejszych pokoleń?
ŁM: Taką pamiątką jest właśnie maskotka Koziołka. Bardzo zależało nam na tym, żeby wyglądał jak lalka, którą można zrobić samemu w domu. Nasz Koziołek jest więc lalką uszytą przez babcię i przekazywaną z pokolenia na pokolenie.
Każdy z nas chyba miał coś takiego. Ja miałem swojego misia. Z kolei w rodzinie Wojtka, który przygotowuje scenografię, od kilku pokoleń przekazywany jest miś uszyty przez jedną z babć. Teraz trafił do jego siostrzeńca.
Chodziło nam właśnie o takie zakorzenienie Koziołka – pokazanie, że jest częścią naszej kultury, ale też rodzinnej pamięci. I przy okazji o bardzo prostą rzecz: wcale nie trzeba kupować drogiej maskotki. Lalka nie musi być skomplikowana ani perfekcyjnie wykonana. Wystarczy kilka kawałków materiału i wyobraźnia, żeby stworzyć przedmiot, z którym można się bawić.
Wiemy zresztą od czasów „Toy Story”, że zabawki mają swoje tajne życie. U nas takie życie ma maskotka Koziołka, która na scenie staje się animowaną lalką.
UM: Koziołek Matołek jest wędrowcem. Szuka, błądzi, wpada w tarapaty i ciągle rusza dalej. Która z jego cech okazała się dla was najważniejsza?
ŁM: To, że się nie poddaje. Mimo kolejnych przeszkód, nawet kiedy coś idzie źle, potrafi
się otrzepać i z uśmiechem ruszyć dalej.
Ma wyznaczony cel i dopóki go nie osiągnie, będzie wędrował. Nawet jeśli gdzieś jest
mu dobrze, wie, że musi iść dalej, bo ma swoją misję do wypełnienia. Jest w nim taka wewnętrzna siła: niepowodzenie nie oznacza końca. Można wyciągnąć z niego naukę
i spróbować jeszcze raz.
Jest taki moment, kiedy Koziołek wraca z Księżyca i dostaje propozycję, żeby polecieć balonem w górę. Odpowiada mniej więcej: dziękuję bardzo, tam już byłem, na górze jest zimno i nudno, lećcie sami.
UM: To może być spektakl bardzo rodzinny. Dorośli przyjdą z dziećmi, ale sami zapewne wrócą przy okazji do własnego dzieciństwa. Czy zostawiacie
w przedstawieniu coś specjalnie dla nich – znaczenia, dowcipy, obrazy, które odczytają inaczej niż najmłodsi?
ŁM: Tak. Dla dorosłych pozostaje choćby oryginalna warstwa tekstowa. Dobrym przykładem jest sekwencja księżycowa, w której Pan Twardowski uwalnia Koziołka ze szponów wielkiego ptaka. Ten humor dorosły odbierze trochę inaczej niż dziecko.
Zostawiamy też drobne niespodzianki, przede wszystkim w warstwie obrazu. Starszy widz znajdzie więc w spektaklu rzeczy przeznaczone również dla siebie.
UM: Przedmioty w tym spektaklu zaczynają żyć, a to właśnie żywioł teatru formy. Jaką rolę odgrywają tutaj lalki?
ŁM: Tak naprawdę mamy jedną lalkę – Koziołka. Ona jest konkretem, a cała reszta
to zabawa z materią nieożywioną: folią, pędzlami, meblami, puszkami i wszystkim,
co podpowiada nam wyobraźnia – nasza i aktorów, z którymi pracujemy.
UM: Październikowa premiera otwiera szczególny czas dla Tęczy – rok jubileuszowy związany z 80-leciem teatru. Jak zamierzacie świętować osiem dekad działalności i czego w tym sezonie mogą spodziewać się widzowie?
ŁM: Przede wszystkim spektakli familijnych. W tym sezonie chcemy w pewnym sensie wrócić do początków Tęczy. Zastanawialiśmy się, co w latach powojennych, kiedy państwo Czaplińscy tworzyli ten teatr, dawał on ludziom. I co z tamtego doświadczenia możemy wykorzystać dzisiaj.
Najmocniej wybrzmiała nam radość. Tęcza powstawała w świecie, który przecież nie był szczególnie radosny, a jednak właśnie tę radość niosła ludziom. Dzisiaj z nią również bywa różnie, dlatego chcielibyśmy w jubileuszowym sezonie dać widzom trochę uśmiechu.
Stąd także kilka sentymentalnych premier, a finałem jubileuszowego sezonu – jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem – ma być czwarta edycja Festiwalu Plastyki i Formy.
UM: Jubileusz pozostanie przede wszystkim w murach Teatru czy Tęcza wyjdzie również w przestrzeń miasta? Zobaczymy jej historię, ludzi, wspomnienia?
ŁM: Myślę, że tak. Premiera jest dopiero początkiem całej jubileuszowej drogi. Przygotowujemy nową sesję zdjęciową wszystkich pracowników Teatru i myślimy o tym,
co widzowie zobaczą również wewnątrz budynku. Z wyjściem poza teatr chcemy natomiast poczekać przede wszystkim na miesiące letnie. Wtedy będziemy mogli zupełnie inaczej wykorzystać przestrzeń publiczną.
„I znów poszedł biedaczysko, po szerokim szukać świecie tego, co jest bardzo blisko”
Jest w tym zresztą pewna przewrotność. Jubileuszowy sezon 80-lecia Tęczy otwiera bohater starszy od samego teatru. Koziołek Matołek wędruje przez polską kulturę od 1932 roku
i, jak widać, ani wiek, ani zmieniający się świat nie są wystarczającym powodem, żeby wysłać go na emeryturę. Zwłaszcza że jego upór, ciekawość świata i niezwykła zdolność
do podnoszenia się po kolejnych niepowodzeniach wcale się nie zestarzały.
W słupskim spektaklu dostaje do tego świat zbudowany z rzeczy najprostszych.
Nie potrzeba wiele, żeby ruszyć razem z nim – czasem wystarczy koc, krzesło, wiadro
i zgoda na to, że dywan przez chwilę naprawdę może być jeziorem.
Czy taki Koziołek przekona również dzieci, które spotkają go po raz pierwszy blisko 94 lata po jego narodzinach? Będzie można sprawdzić już 3 października w Teatrze Lalki Tęcza
w Słupsku. I kto wie – może po powrocie do domu okaże się, że niektóre zabawki rzeczywiście mają drugie życie. A do Pacanowa można wyruszyć także z własnego pokoju.
„Koziołek Matołek”
Premiera: 3 października 2026 r. godz.17:00
Spektakl dla dzieci 3+
Autorzy: Kornel Makuszyński, Marian Walentynowicz
Reżyseria: Łukasz Molski
Scenografia: Wojciech Jaskólski
Inspicjentka: Patrycja Dzienisz
Obsada:
Alicja Gierłowska
Izabela Nadobna-Polanek
Adam Poboży
Hubert Skonieczka
Więcej o spektaklach na str.: Repertuar | Teatr Lalki Tęcza

































