Ruszyły konsultacje społeczne dotyczące budżetu Słupska na 2027 rok. Mieszkańcy znów mogą zgłaszać swoje propozycje, później miasto przygotuje projekt budżetu, a na końcu zaprosi słupszczan na spotkania. Procedura jest. Formularz jest. Zaproszenie też. Po ubiegłorocznych konsultacjach warto jednak zapytać o rzecz znacznie ważniejszą: co właściwie mieszkaniec może dzięki nim zmienić?
Konsultacje rozpoczęły się 1 września i potrwają do 4 grudnia. Do 21 września mieszkańcy mogą zgłaszać propozycje do przyszłorocznego budżetu. Od 22 września do 15 listopada miasto będzie przygotowywać jego projekt, później przyjdzie czas na publikację dokumentu i spotkania konsultacyjne.
Szczegóły tegorocznych konsultacji miasto opublikowało na swojej stronie. Konsultacje społeczne dotyczące budżetu Miasta Słupska na 2027 rok
Mieszkańcy mogą wypełnić formularz na miejskiej platformie konsultacyjnej lub przesłać
go elektronicznie na adres wskazany przez urząd.
Mechanizm nie jest nowy. Podobnie wyglądało to przed rokiem. I właśnie dlatego, zanim
po raz kolejny zachęcimy słupszczan do udziału, warto sprawdzić, jak skończyły
się poprzednie konsultacje.
Cztery spotkania. 28 mieszkańców
Liczby nie pozostawiają wiele miejsca na optymizm.
W konsultacjach dotyczących budżetu na 2026 rok złożono 33 pisemne ankiety. Dwanaście zawierało powtarzające się propozycje, siedem było pustych lub uszkodzonych, jedna
nie dotyczyła przedmiotu konsultacji. Później odbyły się cztery spotkania. Wzięło w nich udział łącznie 28 mieszkańców i 12 radnych. Średnio siedmiu mieszkańców na jedno spotkanie dotyczące budżetu całego Słupska. Ci, którzy przyszli, nie byli jednak biernymi słuchaczami – zgłosili aż 71 uwag.
Pełny, trzydziestostronicowy raport dostępny jest w Biuletynie Informacji Publicznej. Raport z konsultacji budżetu Słupska na 2026 rok
Najłatwiej byłoby uznać, że mieszkańcy nie interesują się miejskimi finansami.
Taka odpowiedź jest wygodna, ale niewiele wyjaśnia. Skoro na cztery spotkania dotyczące jednego z najważniejszych dokumentów miasta przychodzi łącznie 28 mieszkańców, warto zapytać także, czy przez lata nie nauczyliśmy ludzi, że udział w konsultacjach niewiele zmienia.
Nie, nie teraz albo już to robimy
Ubiegłoroczny raport jest obszerny i trzeba miastu oddać jedno: zgłoszone propozycje
nie zostały pozostawione bez odpowiedzi. Mieszkańcy pytali o drogi, chodniki, oświetlenie, komunikację, infrastrukturę rowerową, filharmonię, halę widowiskowo-sportową, tereny zielone, retencję czy inwestycje pozwalające oszczędzać energię.
Przy kolejnych stronach zaczyna jednak wyłaniać się charakterystyczny schemat.
Części pomysłów nie można zrealizować ze względów finansowych, prawnych, technicznych lub własnościowych. Trudno mieć o to pretensje. Budżet miasta nie jest workiem bez dna,
a zaproszenie do konsultacji nie oznacza obietnicy spełnienia każdego życzenia.
Wiele odpowiedzi sprowadza się jednak do komunikatu: tego nie zrobimy, nie mamy na to pieniędzy albo już się tym zajmujemy.
Mieszkaniec proponuje inteligentne oświetlenie uliczne – miasto wyjaśnia, że 85 proc.
z około 7600 miejskich opraw stanowią już LED-y wyposażone w system sterowania. Fotowoltaika na budynkach publicznych? Instalacje na ośmiu obiektach zostały wcześniej zaplanowane. Termomodernizacja? Projekty już trwają albo miasto stara
się o ich dofinansowanie.
Inne pomysły kończą drogę na etapie raportu. Nie uwzględniono między innymi propozycji letnich zabaw na Trzech Stawkach ani postulatu ograniczenia ruchu samochodowego
w centrum.
Nie oznacza to, że konsultacje polegają wyłącznie na odrzucaniu. Wśród zgłoszeń znajdziemy postulaty zbieżne z zadaniami zapisanymi później w projekcie budżetu.
I właśnie tutaj pojawia się problem.
Z raportu nie dowiemy się, co trafiło do projektu właśnie dzięki konsultacjom, a co znajdowało się w planach miasta jeszcze zanim mieszkaniec wypełnił formularz.
Trzydzieści stron odpowiedzi, jednej informacji brakuje
Właśnie takiego podsumowania należałoby oczekiwać po konsultacjach.
Nie chodzi o liczenie sukcesu liczbą zaakceptowanych pomysłów. Znacznie ważniejsze byłoby pokazanie mieszkańcom mechanizmu wpływu: zgłosiliście propozycję, przeanalizowaliśmy ją, uznaliśmy za zasadną i właśnie dzięki waszej uwadze zmieniliśmy projekt budżetu.
Tymczasem w raporcie możemy przeczytać, czego zrobić się nie da, na co nie wystarczy pieniędzy, jakie przedsięwzięcia wymagają dokumentacji i czym urząd zajmował
się już wcześniej. Nie dostajemy natomiast prostego bilansu pokazującego, co w budżecie zmieniło się za sprawą mieszkańców.
A przecież właśnie taki bilans mógłby być najlepszą reklamą tegorocznych konsultacji.
Gdyby miasto mogło powiedzieć: rok temu mieszkańcy zgłosili ten pomysł, wcześniej
go nie planowaliśmy, uznaliśmy argumenty i zadanie znalazło się w budżecie – warto byłoby mówić o tym głośno. Nic nie zachęca do udziału skuteczniej niż dowód, że udział przynosi efekt.
Sam komunikat mieszkańców nie przekona
Ubiegłoroczny raport wskazuje, że o konsultacjach informowano w BIP, na stronie miasta,
w mediach społecznościowych i na tablicy ogłoszeń. Wiadomość przekazano także radnym
i lokalnym mediom.
Formalnie trudno więc zarzucić miastu, że konsultacje ukrywało. Opublikowanie informacji nie jest jednak tym samym co przekonanie mieszkańców, że warto z niej skorzystać.
W raporcie znalazła się znamienna uwaga jednego z uczestników. Napisał o krótkim czasie między informacją o konsultacjach, którą zauważył 19 września w „Głosie Pomorza”,
a upływającym 21 września terminem składania propozycji.
Nie oznacza to, że wcześniej informacji nie było. Pokazuje jednak różnicę między opublikowaniem komunikatu a rzeczywistym dotarciem z nim do odbiorcy.
W tym roku znów mamy miejską informację, harmonogram i formularz. Brakuje szerszej kampanii, która nie tylko mówiłaby mieszkańcom, że mogą wziąć udział, ale przede wszystkim przekonywała ich, dlaczego warto. Jakiego rodzaju propozycje mogą mieć wpływ na budżet? Co stało się z pomysłami zgłoszonymi przed rokiem? Co dzięki nim zmieniono?
Przy średnio siedmiu mieszkańcach na ubiegłoroczne spotkanie samo „zapraszamy” wydaje się zdecydowanie za mało.
Konsultujemy, bo chcemy wiedzieć – czy dlatego, że trzeba?
Nie jest to wyłącznie słupski problem ani problem jednej kadencji. Przez lata konsultacje społeczne stały się stałym elementem samorządowego krajobrazu. Konsultujemy strategie, inwestycje, plany zagospodarowania, organizację ruchu i budżety. Wypełniamy ankiety, zgłaszamy uwagi, przychodzimy na spotkania. Później powstaje raport.
Coraz łatwiej wykazać, że konsultacje się odbyły. Znacznie trudniej pokazać, co dzięki nim się zmieniło.
I tu zaczyna się problem. Konsultacje pozbawione widocznego wpływu zamiast budować zaangażowanie mogą uczyć bezradności. Człowiek raz poświęci czas na formularz i czeka na rezultat. Za drugim razem zaczyna się zastanawiać, czy warto. Za trzecim może
już zostać w domu.
Nie wiemy, ilu słupszczan właśnie dlatego nie uczestniczy w konsultacjach. Nie możemy więc uczciwie powiedzieć, że 28 osób przyszło na spotkania, ponieważ reszta przestała wierzyć w ich sens. Ale przy takiej frekwencji władze miasta powinny przynajmniej zadać sobie pytanie, dlaczego mieszkańcy nie przychodzą.
I czy na pewno wystarczy kolejny raz zaprosić ich w ten sam sposób.
Tegoroczne konsultacje nie powinny więc zaczynać się wyłącznie od pytania:
„co chcielibyście zgłosić?”
Warto najpierw odpowiedzieć na inne:
Co zmieniliście w budżecie Słupska dzięki temu, że rok temu przyszliśmy, napisaliśmy i zgłosiliśmy swoje uwagi?
Nie chodzi o listę tego, co miasto planowało już wcześniej. Ani o kolejny katalog powodów, dla których czegoś zrobić się nie dało.
Chodzi o konkretną zmianę wynikającą z głosu mieszkańców.
Jeżeli takie przykłady istnieją, pokażmy je. Głośno. Być może wtedy na kolejne spotkanie przyjdzie nie siedem, ale siedemdziesiąt osób.
Jeżeli trudno je wskazać, pytanie o sens konsultacji staje się coraz bardziej zasadne.
Konsultacje społeczne nie są dowodem otwartości władzy tylko dlatego, że mieszkańcom pozwolono się wypowiedzieć. Ich sens zaczyna się dopiero wtedy, kiedy władza potrafi pokazać, że naprawdę ich usłyszała.































