Muzyka klezmerska ma w sobie coś, co rozpoznajemy niemal natychmiast. Skrzypce, klarnet, rytm potrafiący być jednocześnie radosny i podszyty melancholią. Przez lata nauczyliśmy się, że tak właśnie brzmią organizowane w Polsce festiwale kultury żydowskiej. Jest muzyka, literatura, pamięć
i opowieść o świecie, którego już nie ma. Jest Zagłada i obowiązek pamiętania. Tylko że dzisiaj te same dźwięki brzmią inaczej.
Nie dlatego, że muzyka stała się gorsza. Nie dlatego, że kultura żydowska przestała zasługiwać na poznawanie, szacunek i swoje miejsce w polskiej przestrzeni. I z całą pewnością nie dlatego, że Żydzi mieliby odpowiadać za decyzje rządu Benjamina Netanjahu.
Zgrzyt pojawia się gdzie indziej.
Słychać go wtedy, kiedy próbujemy opowiadać o pamięci, cierpieniu, prześladowaniu
i człowieczeństwie, a za drzwiami tej opowieści zostawiamy współczesność. Gazę. Palestyńczyków. Izraelczyków zamordowanych 7 października. Zakładników. Zabitych palestyńskich cywilów. Zburzone miasta. Ludzi, których historie dawno przestały mieścić się w prostym podziale na dobrych i złych.
Być może właśnie dlatego 24. Dni Kultury Żydowskiej, rozpoczynające się 3 września w Słupsku, są dobrym momentem, żeby postawić pytanie niewygodne, ale potrzebne: czy dzisiaj powinniśmy nadal organizować festiwale kultury żydowskiej w takiej formule, w jakiej robiliśmy to przez ostatnie lata?
Myślę, że powinniśmy je organizować. Pytanie tylko brzmi: czy na pewno powinny wyglądać tak samo?
Bo pomiędzy koncertem pieśni jidysz, opowieścią o żydowskiej kuchni, teatrem, filmem i wspomnieniem świata, który zniknął, musi znaleźć się miejsce na powagę świata, w którym żyjemy teraz. Inaczej kultura, która powinna pomagać nam rozumieć człowieka, może stać się bezpiecznym schronieniem przed pytaniami, których właśnie ona powinna mieć odwagę nie omijać.
Nie chodzi o odpowiedzialność zbiorową
Dni Kultury Żydowskiej nie są świętem rządu Izraela. Ginczanka nie odpowiada
za Netanjahu. Wiera Gran nie odpowiada za izraelską armię. Żyd mieszkający
w Warszawie, Berlinie czy Nowym Jorku nie ponosi odpowiedzialności za decyzje państwa, którego może nawet nie być obywatelem.
Kultura polskich Żydów jest częścią naszej historii. Przez stulecia losy Polaków
i Żydów splatały się tak mocno, że próba wyjęcia jednej opowieści zostawiłaby ogromną wyrwę w drugiej. Poznawanie tej kultury nie jest więc gestem wobec współczesnego Izraela. Jest poznawaniem również własnej historii.
Jacek Tacik, reporter „Faktów” TVN i TVN24, autor książek „Jak nie lubić Żyda” oraz „Koniec świata na południe od Tel Awiwu”, który otworzy tegoroczne słupskie Dni Kultury Żydowskiej, w odpowiedzi na moje pytania zwrócił uwagę właśnie na to rozróżnienie:
„Z jednej strony Dni Kultury Żydowskiej nie są Dniami Kultury Izraelskiej (Izrael
to nie tylko Żydzi, a także Arabowie, Beduini, Jezydzi). Z drugiej jednak strony konflikt żydowsko-arabski definiuje Żydów na całym świecie. Odpowiadają –
na różnych płaszczyznach – za działania rządu Benjamina Netanjahu (nawet jeśli
nie mają izraelskiego obywatelstwa i nie brali udziału w jego wyborze).”
I właśnie w tej niełatwej przestrzeni jesteśmy.
Można i trzeba oddzielać kulturę żydowską od polityki Izraela. Nie sposób jednak oczekiwać, że współczesność grzecznie poczeka przed wejściem do sali koncertowej. Wchodzi razem z nami. Dlatego od festiwalu kultury żydowskiej w 2026 roku wolno nam oczekiwać czegoś więcej niż programu, który równie dobrze mógłby odbyć się dziesięć lat temu. Nie oczekuję mniej muzyki, literatury, teatru czy kuchni. Oczekuję więcej ważnych rozmów.
Pamięć nie może być gablotą
Program słupskiego festiwalu w dużej mierze prowadzi nas ku przeszłości. Będzie Ginczanka, Wiera Gran, Agata Tuszyńska, pieśni jidysz, filmy, literatura, historia Zagłady. To wszystko jest potrzebne.
Tylko pamięć nie może być gablotą, którą raz w roku starannie odkurzamy.
Jeżeli przez dziesięciolecia powtarzamy, że z Zagłady płynie dla świata lekcja, musi nadejść moment, w którym zapytamy, czego właściwie ta lekcja nas nauczyła.
Czy „nigdy więcej” oznacza wyłącznie ochronę pamięci o tych, którzy zginęli? Czy również obowiązek dostrzegania tych, którzy cierpią dzisiaj?
Tacik odpowiada:
„Izraelscy Żydzi inaczej pojmują zobowiązanie „nigdy więcej”. To nigdy więcej przelanej żydowskiej krwi, to nigdy więcej pogromów na Żydach, to nigdy więcej komór gazowych, w których giną Żydzi. Tu w Europie, tu w Polsce „nigdy więcej”
to apel o pokój, o człowieczeństwo. Ono dotyczy także Palestyńczyków, którym odbiera się prawa do samostanowienia, do godnego życia w swojej ojczyźnie.”
To zdanie zatrzymuje mnie najmocniej.
Bo może właśnie tutaj znajduje się dzisiaj sens organizowania takich festiwali.
Nie w bezpiecznym celebrowaniu kultury świata, który został zniszczony, ale w próbie wykorzystania pamięci o jego zniszczeniu do rozmowy o krzywdzie, która wydarza się teraz. Bez porównywania tragedii. Bez licytowania ofiar. Bez odbierania Zagładzie jej historycznej wyjątkowości. Ale też bez przyjmowania, że współczucie ma narodowość.
Kultura nie zawsze musi zapewniać komfort. Czasem jej najważniejszym zadaniem jest właśnie jego odebranie. Dlatego pomiędzy klezmerską muzyką a warsztatami inspirowanymi żydowskimi recepturami chciałabym znaleźć również rozmowę,
po której na sali może zrobić się mniej przyjemnie. Bo sytuacja, w której jesteśmy, przyjemna nie jest.
Pytanie nie jest antysemityzmem
Rozmowa o Izraelu stała się szczególnie trudna. Każde słowo trzeba ważyć.
I dobrze, bo historia nauczyła nas, do czego prowadzi antysemityzm.
Tyle, że ostrożność może zamienić się w milczenie.
Coraz łatwiej znaleźć się w jednym z dwóch okopów. Jeśli pytasz o Gazę, ktoś uzna cię za antysemitę. Jeśli przypominasz o 7 października i izraelskich zakładnikach,
dla kogoś innego stajesz się obrońcą Netanjahu. Pomiędzy tymi pozycjami pozostaje coraz mniej miejsca dla człowieka, który próbuje jednocześnie pamiętać, współczuć
i rozumieć.
Zapytałam Tacika, gdzie właściwie przebiega granica pomiędzy ostrą krytyką działań Izraela a antysemityzmem.
„Nie ma takiej granicy. Albo… każdy ustawia ją w innym miejscu.
Zarzuty o antysemityzm utrudniają dyskusję o wojnie w Strefie Gazy. Ale czasem bywają uzasadnione.”
Ostatnie zdanie jest równie ważne jak pierwsze.
Antysemityzm istnieje. Krytyka Izraela może stać się dla niego wygodnym kostiumem. Można mówić o palestyńskich ofiarach i jednocześnie powielać antysemickie stereotypy. Można krytykować Netanjahu, a chwilę później przenieść odpowiedzialność za jego politykę na wszystkich Żydów. Ale można również pytać
o decyzje izraelskiego rządu, działania armii, śmierć cywilów, prawa Palestyńczyków czy dostęp niezależnych dziennikarzy do Gazy. Można potępić zbrodnie Hamasu
z 7 października i nie uznać tego za argument kończący rozmowę o wszystkim,
co wydarzyło się później.
Pytanie nie jest antysemityzmem. Domaganie się rozmowy również nim nie jest.
„Nigdy więcej” po 7 października
Pozostaje jednak pytanie jeszcze trudniejsze: czy w 2026 roku można w ogóle rozmawiać o współczesnym Izraelu, żydowskiej pamięci i antysemityzmie, nie podejmując jednocześnie tematu Strefy Gazy?
Właśnie o to zapytałam Jacka Tacika. Jego odpowiedź pokazuje, że tych opowieści
nie da się już od siebie szczelnie oddzielić. Pamięć o Zagładzie, trauma 7 października i to, co dzieje się dzisiaj w Gazie oraz na Zachodnim Brzegu, nie są osobnymi rozdziałami, które można dowolnie otwierać i zamykać.
„Holokaust, pamięć o nim definiował i mobilizował Izrael. Każdy młody żołnierz musiał odwiedzić Jad Waszem, żeby poznać historię swoich izraelskich przodków.
Ku przestrodze. „Nigdy więcej” powtarzają Izraelczycy. 7 października – nazywany największą tragedią Żydów od czasów Zagłady – staje się nowym punktem odniesienia dla milionów żydowskich Izraelczyków. Będzie nowym mitem założycielskim. To, co dzieje się w Strefie Gazy, ale i na Zachodnim Brzegu zdefiniuje przyszłość Izraela. Ale także Żydów poza jego granicami.”
Warto zatrzymać się przy tej perspektywie, bo pozwala choć trochę zrozumieć społeczeństwo, które 7 października zobaczyło mordowanych ludzi, uprowadzanych zakładników i obrazy dotykające najgłębszych pokładów własnej pamięci.
Ale ostatnie zdania Tacika prowadzą nas już dalej. Do Gazy i Zachodniego Brzegu.
Do konsekwencji tego, co wydarzyło się po 7 października. I do niewygodnego pytania, czy pamięć, która pomaga nam zrozumieć izraelski strach, może jednocześnie zwalniać nas z patrzenia na cierpienie Palestyńczyków.
Nie może.
Zrozumienie nie oznacza usprawiedliwienia wszystkiego, co nastąpiło później.
Tak samo jak potępienie tego, co dzieje się w Gazie, nie wymaga pomniejszania zbrodni Hamasu ani cierpienia Izraelczyków. I chyba właśnie pomiędzy tymi zdaniami znajduje się przestrzeń, której szukam dla dzisiejszego festiwalu.
Nie po jednej stronie. Nie po drugiej.
W miejscu, w którym można próbować zrozumieć jedno, nie odwracając wzroku od drugiego.
Droga do Gazy
Dlatego obecność Jacka Tacika w tegorocznym programie nie jest dla mnie zwyczajnym spotkaniem autorskim. Jego „Koniec świata na południe od Tel Awiwu” prowadzi przez doświadczenie Izraelczyków i Palestyńczyków.
Zapytałam go wprost, czy podczas słupskiego spotkania zamierza mówić również
o tym, co usłyszał po palestyńskiej stronie tej historii. Odpowiedź zaczyna
się od drogi, której reporterowi nie pozwolono przejechać, ale kończy głosami ludzi znajdujących się po jej drugiej stronie.
„Podczas wojny izraelsko-palestyńskiej w 2014 to Hamas – dosłownie – stanął
na mojej drodze przed wjazdem do Gazy. Tym razem to IDF. Dziennikarze nie mieli
i nie mają wstępu do palestyńskiej enklawy. Powód oficjalny: kwestie bezpieczeństwa. Ale to kłamstwo. Izraelski rząd pozwolił mi wjechać do Izraela
w czerwcu 2025 roku, gdy na Tel Awiw spadały irańskie rakiety, gdy ginęli ludzie. Rząd Netanjahu nie chce, żeby niezależne media mówiły o tym, co IDF zrobił w Gazie. Rozmawiałem z wieloma Palestyńczykami przez Internet. To była jedyna droga.
Ich relacje są porażające.”
Jedenaście lat. Ta sama droga. Dwóch różnych strażników. W 2014 roku Hamas.
W 2025 izraelska armia.
Po drugiej stronie tej zamkniętej drogi pozostają jednak Palestyńczycy, z którymi reporter mógł rozmawiać jedynie przez internet. Ich głos Tacik przywiezie więc
do Słupska nie jako relację z miejsca, do którego dotarł, lecz właśnie z miejsca,
do którego nie pozwolono mu dotrzeć.
To sprawia, że jego obecność jest dla mnie najważniejszym punktem tegorocznego programu. Nie dlatego, że spodziewam się od niego rozstrzygnięcia. Przeciwnie.
Jego odpowiedzi pokazują, jak bardzo nieuczciwe byłoby dziś opowiedzenie tylko połowy tej historii.
3 września w Cepelinie chciałabym usłyszeć właśnie tę rozmowę. O Izraelczykach
i Palestyńczykach. O 7 października i o tym, co przyszło później. O pamięci, strachu, odpowiedzialności i konsekwencjach.
Bo jeśli Dni Kultury Żydowskiej mają dziś pomóc nam coś zrozumieć, właśnie tutaj pojawia się na to szansa.
A gdybyśmy poznali także Palestyńczyków?
Pozostaje jeszcze pytanie, które wykracza poza tegoroczną edycję.
O kulturze żydowskiej wiemy w Polsce niemało. Rozpoznajemy klezmerską muzykę, znamy nazwiska pisarzy, poetów i artystów. Mamy muzea, festiwale, książki i miejsca pamięci. Jest ku temu szczególny powód: kultura polskich Żydów jest częścią naszej własnej historii.
A co wiemy o kulturze palestyńskiej?
Niewiele.
Najczęściej Palestyńczyk dociera do nas jako postać z wiadomości: ofiara, uchodźca, bojownik, liczba w bilansie kolejnego dnia wojny. Tymczasem za tym obrazem istnieje literatura i poezja, kino, teatr, muzyka, taniec, sztuki wizualne, kuchnia i rzemiosło. Jest doświadczenie diaspory, wygnania, utraty domu i pamięci o miejscu. Jest kultura, która opowiada o człowieku znacznie więcej niż wojenny komunikat.
Może właśnie teraz jest moment, żeby zacząć ją poznawać.
Nie jako „przeciwwagę” dla kultury żydowskiej. To byłoby absurdalne i sprowadzałoby obie do kolejnej konkurencji.
Wyobrażam sobie raczej festiwal, podczas którego można usłyszeć pieśń jidysz
i palestyńską muzykę, przeczytać Ginczankę i palestyńskiego poetę, zobaczyć filmy opowiadające historie obu narodów. Poznać ich kuchnie, literaturę, pamięć, doświadczenie domu i utraty. A potem usiąść przy jednym stole i rozmawiać.
Nie po to, żeby zrównać historie, winy czy cierpienie. Żeby zobaczyć ludzi.
Może kultura potrafiłaby zrobić choć trochę z tego, czego od dziesięcioleci nie potrafi polityka.
Nie zagłuszajmy zgrzytu. Nie chciałabym więc odwoływać Dni Kultury Żydowskiej. Chciałabym od nich dzisiaj więcej.
Pomiędzy muzyką a kuchnią, teatrem a filmem, pamięcią a celebracją musi zostać miejsce na rozsądek i powagę chwili, w której się znaleźliśmy. Na zdanie,
że antysemityzm jest złem, i następne – że cierpienie Palestyńczyków wymaga naszej uwagi. Jedno nie unieważnia drugiego. Jeżeli festiwal kultury żydowskiej ma być czymś więcej niż pięknym zestawem koncertów, spektakli, filmów i smaków, powinien mieć odwagę dopuścić do siebie również pytania niewygodne.
Zwłaszcza teraz.
Bo być może największym zagrożeniem dla pamięci nie jest trudne pytanie.
Jest nim pamięć, której przestaliśmy zadawać pytania.
Klezmer może więc grać dalej. Tylko dzisiaj nie wystarczy już słuchać melodii. Trzeba usłyszeć również zgrzyt pojawiający się między nutami, kiedy opowiadamy o dawnym cierpieniu, a brakuje nam języka dla cierpienia współczesnego. Nie zagłuszajmy
go kolejną piosenką. Może właśnie od niego powinna zacząć się rozmowa.
Więcej o Festiwalu na str: (5) 24. Dni Kultury Żydowskiej w Słupsku: Jacek Tacik: “Jak nie lubić Żyda” i „Koniec świata…” | Facebook
Wszystkim, którzy chcą dowiedzieć się czegoś więcej o kulturze palestyńskiej polecamy str.: Kultura palestyńska | Cykle | Dwutygodnik
Szanowna Czytelniczko, Szanowny Czytelniku,
ten tekst jest felietonem – autorskim komentarzem do wydarzeń i dokumentów, które funkcjonują w przestrzeni publicznej. Nie musi on odzwierciedlać Twojego punktu widzenia. Zachęcamy jednak do uważnego śledzenia faktów, sięgania
do źródeł i samodzielnego wyrobienia sobie opinii.


































