Słupsk: Śmierć w wiacie śmietnikowej. Przy Waryńskiego znaleziono ciało kobiety

0
317

W środę, 12 sierpnia, około godziny 8 rano w wiacie śmietnikowej przy
ul. Waryńskiego w Słupsku znaleziono martwą kobietę. Jej ciało leżało na betonowej posadzce, w miejscu przeznaczonym na odpady.

Ta historia zaczyna się dzień wcześniej.

We wtorek, 11 sierpnia, kobieta przebywała w wiacie śmietnikowej przy Waryńskiego, niedaleko skrzyżowania z Piekiełko. Uskarżała się na zły stan zdrowia i prosiła o pomoc. Zareagowała pracownica pobliskiego Teatru „Tęcza”, która o godz. 12.06 wezwała pogotowie ratunkowe.

Zgłoszenie potwierdziło nam kierownictwo pogotowia. Zespół ratownictwa medycznego przyjechał po około 20 minutach. Jak wynika z przekazanych nam informacji, ratownicy przeprowadzili z kobietą wywiad i zbadali jej parametry życiowe. Te miały być prawidłowe. Nie stwierdzono wskazań do przetransportowania jej do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego.
Kobieta pozostała na miejscu.
Następnego dnia, około godziny 8 rano, osoby wykonujące prace porządkowe znalazły
ją w tej samej wiacie. Nie dawała oznak życia. Funkcje życiowe sprawdził również jeden
z pracowników Teatru „Tęcza”, który ukończył kursy z zakresu ratownictwa medycznego. Później zgon potwierdziły wezwane służby.

Rzecznik Komendy Miejskiej Policji w Słupsku mł. asp. Amadeusz Galus potwierdził nam,
że wcześniej policja nie otrzymała żadnego zgłoszenia dotyczącego sytuacji kobiety
w wiacie. Funkcjonariusze zostali powiadomieni dopiero w środę, kiedy kobieta już nie żyła. Policja prowadzi czynności wyjaśniające okoliczności jej śmierci. Jak poinformował rzecznik, zwłoki zostały skierowane do sekcji i dopiero jej wynik, w tym ustalenie przyczyny zgonu, pozwoli określić dalszy kierunek postępowania.

Dzisiaj nie możemy więc przesądzać, czy śmierć kobiety miała jakikolwiek związek
z dolegliwościami, które zgłaszała poprzedniego dnia. Nie wiemy również, kiedy dokładnie zmarła ani co działo się z nią po odjeździe zespołu ratownictwa. Jednak nawet jeśli wyniki sekcji wyjaśnią przyczynę śmierci, nie odpowiedzą na wszystkie pytania, które pozostawia ta historia.

Od wezwania pogotowia poprzedniego dnia minęło około 20 godzin.

Wiata przy Waryńskiego nie znajduje się na odludziu. Stoi w centrum miasta, obok teatru, w sąsiedztwie sklepów, kawiarni, restauracji i budynków mieszkalnych. Do stojących tam pojemników odpady wynoszą pracownicy pobliskich lokali i mieszkańcy.

Nie wiemy, czy po odjeździe pogotowia kobieta opuszczała to miejsce. Nie wiemy, kiedy
jej stan się pogorszył. Nie możemy więc twierdzić, że przez niemal 20 godzin leżała tam nieprzytomna albo, że ludzie przez wiele godzin mijali jej ciało.
Wiemy natomiast, że następnego ranka znaleziono ją dokładnie tam, gdzie poprzedniego dnia prosiła o pomoc.

Trudno nie zastanawiać się, czy przez te godziny ktoś ją widział. Czy ktoś zauważył,
że nadal przebywa w wiacie. Czy próbował zapytać, jak się czuje. Czy sprawdził, czy reaguje. Nie chodzi o wskazywanie winnych wśród mieszkańców czy pracowników pobliskich lokali. Chodzi o coś znacznie bardziej niepokojącego. O to, jak łatwo można przestać zauważać człowieka, którego widok stał się nam znajomy.

Kiedy cudze nieszczęście powszednieje

Kobieta była znana zarówno policjantom, jak i pracownikom pogotowia. Od dłuższego czasu pozostawała w kryzysie bezdomności, tułała się po mieście i nadużywała alkoholu.

Te informacje są częścią tej historii i nie ma powodu je przemilczać. Nie powinny jednak stawać się jej prostym wyjaśnieniem. Bo właśnie wobec ludzi, których widujemy na ulicy wielokrotnie, najłatwiej tracimy czujność.

Leży – pewnie śpi. Nie odpowiada – zapewne jest pijany. Służby go znają. Ktoś już na pewno interweniował.
Z czasem człowiek przestaje być człowiekiem potrzebującym pomocy, a staje się znajomym elementem ulicy. Kimś, kogo mijamy bez zastanowienia.

Ta obojętność nie musi wynikać z okrucieństwa. Częściej rodzi się z przyzwyczajenia, zmęczenia i przekonania, że przecież ktoś inny się tym zajmie. Taki rodzaj obojętności może dotknąć każdego mieszkańca, przechodnia, ale również ludzi, którzy zawodowo każdego dnia spotykają się z cudzym nieszczęściem – ratownika, policjanta, pracownika socjalnego, lekarza czy dziennikarza.

Rutyna jest czasem konieczna, żeby wykonywać trudny zawód. Nie może jednak sprawić, że przestaniemy widzieć człowieka.
Bo ktoś, kto wczoraj był nietrzeźwy, dzisiaj może być ciężko chory. Człowiek, do którego służby wyjeżdżały dziesięć razy, za jedenastym może naprawdę walczyć o życie.

Nikt nie zasługuje na taką śmierć

Nie wiemy, czy kobietę z Waryńskiego można było uratować. Być może sekcja wykaże,
że jej śmierć była nagła i niemożliwa do przewidzenia. Być może przyniesie inne ustalenia. Dlatego trzeba poczekać na wyniki.

Ale jedno można powiedzieć już dzisiaj. Nikt nie zasługuje na śmierć w miejscu przeznaczonym na odpady. Bez względu na to, czy ma mieszkanie, czy od dawna żyje
na ulicy. Czy jest trzeźwy, czy zmaga się z uzależnieniem. Czy spotykamy go pierwszy raz, czy jego twarz znają już wszyscy policjanci, ratownicy i pracownicy pomocy społecznej.
W kryzysie bezdomności można stracić bardzo wiele: dom, zdrowie, rodzinne relacje, poczucie bezpieczeństwa. Uzależnienie może odebrać kontrolę nad własnym życiem.
Nic z tego nie odbiera jednak człowiekowi prawa do godności i do tego, by jego cierpienie zostało zauważone.
Dlatego śmierć kobiety przy Waryńskiego jest tak przejmująca. Nie tylko dlatego, że dzień wcześniej prosiła o pomoc.
Również dlatego, że została znaleziona na betonowej posadzce wiaty śmietnikowej,
w centrum miasta, w miejscu, do którego przez kolejne godziny ktoś zapewne przychodził wyrzucać śmieci.
Empatia nie zawsze oznacza wielki gest. Czasem wystarczy zatrzymać się przy człowieku leżącym na ziemi. Odezwać się. Sprawdzić, czy reaguje. A jeśli nie – zadzwonić po pomoc.

Kobiety z Waryńskiego już nie uratujemy. Możemy jednak w przyszłości być bardziej uważni wobec innych. 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here