Fajnie być w Piekle!

0
72
- reklama -

Rozmowa z Damian Dudkowskim, prezesem Stowarzyszenia Kibiców Słupskiej Koszykówki „Piekło Północy”. Stowarzyszenie powołali kibice, którzy w 2021 roku sformalizowali swoją działalność, a ich głównym zadaniem jest dopingowanie koszykarzy Grupy Sierleccy Czarnych Słupsk, grających w ekstraklasie.

Kiedy powstało Stowarzyszenie Piekło Północy? Skąd taka oryginalna nazwa?

– Kiedy przyszedł awans, nie było już nad czym się zastanawiać. Trzy lata w 1. Lidze zbieraliśmy energię, jednak zwycięstwo w jej finale z Górnikiem Wałbrzych spowodowało, że trzeba było wziąć się do pracy od razu. W czerwcu 2021 roku rozpoczęliśmy przygotowania, pisanie statutu, badanie możliwości. Na początku lipca dokonała się rejestracja Stowarzyszenia zwykłego. Nad nazwą myśleliśmy długo, propozycji padło wiele różnego rodzaju. Zdecydowaliśmy się na Stowarzyszenie Kibiców Słupskiej Koszykówki „Piekło Północy”, łączące w sobie zarówno tradycyjne hasło Piekła na Gryfii (hala w której grają koszykarze) z dominacją czerwonych koszulek na trybunach, jak i odniesienie do lokalizacji w północnej części kraju. Inne nazwy, które braliśmy pod uwagę wydawały się albo zbyt patetyczne albo zbyt agresywne w odbiorze. Chcieliśmy jednocześnie uczcić dawny Klub Kibica, stąd identyczny człon SKSK oznaczający Stowarzyszenie Kibiców Słupskiej Koszykówki.

Byliście wcześniej już kibicami Czarnych, skąd pomysł, by stać się formalnym stowarzyszeniem?

Lata świetnej dyspozycji dawnego SKSK na arenach ekstraklasowych pokazały, że formalne, zorganizowane Stowarzyszenie ma znacznie więcej możliwości działania i rozwoju niż liczna, ale bardzo spontaniczna grupa nieformalna. Trzy lata pierwszoligowe pokazywały, że wciąż są ludzie, którzy chcą działać – liderzy dawnego SKSK pojawiali się regularnie na meczach na tym samym sektorze, dowozili flagi, opiekowali się bębnami, organizowali wyjazdy, ciągnęli doping. Pomimo tej energii, odczuwaliśmy wszyscy, że czegoś brakuje. Ponadto, nie chcieliśmy, by było tak, że energia tych kilku osób i miłość do słupskiego basketu są przez nas w pewien sposób wykorzystywane – przychodzimy na gotowe, za nic nie odpowiadamy, jakoś to będzie. Padały sugestie, że czas, aby młodzi wzięli sprawy w swoje ręce. Awans był dla nas egzaminem dojrzałości w tej materii i podjęliśmy się działania, choć nawet z tak małej perspektywy czasu już wiemy, że nie wiedzieliśmy na co się porywamy i jakich zapasów energii, cierpliwości, wiary i zaufania będzie to wymagać. Staramy się uczyć na błędach, wyciągać wnioski i zmieniać na lepsze, jednak przed nami jeszcze bardzo długa droga.

Od ilu lat chodzicie na mecze koszykówki?

W stowarzyszeniu swoje miejsce znalazły osoby z różnym doświadczeniem meczowym. Są ludzie, którzy pamiętają awans do ekstraklasy, ale i tacy, co w tym sezonie przyszli pierwszy raz w życiu na mecz i zakochali się w atmosferze, jaką oferuje Hala Gryfia. Najmłodszy kibic ma teraz pół roku, jest trochę osób niepełnoletnich, jesteśmy my – dwudziesto- i trzydziestolatkowie, a i kilku seniorów odnajduje radość z okrzyków w łoskocie bębnów. Podobnie jest z ludźmi w Zarządzie – jesteśmy w różnym wieku, mamy różny staż z Czarnymi, ja mam staż najkrótszy – zabrali mnie przyjaciele na mecz na początku ostatniego sezonu w Ekstraklasie nieistniejącego już Klubu Energa Czarni i okazało się to dla mnie miłością od pierwszego wejrzenia.

Wcześniej, przy grającej w ekstraklasie kilka lat temu Enerdze Czarnych istniał klub kibica – czy jesteście w jakimś sensie jego kontynuatorem, jak zdaje się, że postrzegają was inni fani w Gryfii, czy raczej podkreślacie swoją niezależność i odrębność?

Zarówno w Zarządzie, jak i wśród członków jest wiele osób z dawnego SKSK. Proporcje oscylują w obrębie 50/50. Staramy się podtrzymywać najlepsze tradycje tamtego Klubu Kibica, jednak chcemy pisać własną historię, biorąc na własny rachunek zarówno sukcesy, jak i niepowodzenia – nie chcielibyśmy, aby ktoś za nas się musiał tłumaczyć. Zabraliśmy się do tworzenia Piekła Północy na swoje konto, szukając nowych, odrębnych inicjatyw, jednak nie zamierzamy podważać dorobku tamtej ekipy. Wchodziliśmy w ten sezon, bazując na ich sprzęcie – sektorówkach, flagach, bębnach – zostało nam to udostępnione w dobrej wierze, nieodpłatnie, z życzeniem powodzenia, za co jesteśmy wdzięczni.

Uatrakcyjniliście swoim dopingiem mecze Czarnych, czy może Pan w skrócie przypomnieć co już udało wam się zrobić, bo wasza działalność nie ogranicza się przecież tylko do dopingu. Zrobiliście także kilka innych rzeczy?

Uatrakcyjnienie dopingu, tak naprawdę jest dopiero przed nami. Staramy się zmodernizować śpiewnik, wprowadzić trochę nowych okrzyków i przyśpiewek, aby w rotacji meczowej była większa różnorodność. Chcemy to zrobić stopniowo, z głową – mówi się, że nowe jest wrogiem starego, a my nie chcemy dopuścić do takiego scenariusza. Uważamy, że stare i nowe może ze sobą dobrze współdziałać, jeżeli proporcje i charakter zostaną zachowane. Jest to wyzwanie, aby kilka tysięcy osób w hali utożsamiało się z naszymi pomysłami i podchwyciło coś nowego, dlatego nie spieszymy się z tym. Ale nie zawsze chodzi tylko o doping. Jest to swego rodzaju misja, która obejmuje wiele płaszczyzn działania – chcemy być pełnoprawną organizacją pozarządową, realizującą swoje cele nie tylko na meczach. W trakcie rejestracji w lipcu udało się nam zorganizować swoje stoisko na Pikniku w Parku Kultury i Wypoczynku, promując koszykówkę i ideę aktywnego kibicowania wśród obecnych mieszkańców. Było to ciekawe doświadczenie – spotkaliśmy seniorów, którzy pamiętali koszykówkę w Gryfie czy początki sekcji Czarnych. Spotkaliśmy młodych rodziców z dziećmi, którzy nigdy na mecz nie przyszli, a po krótkich pogawędkach zaczynali brać to pod uwagę. Organizacyjnie też nauczyliśmy się wiele, dlatego chcieliśmy pójść o krok dalej i zrobić własny piknik z różnymi atrakcjami. Cel ambitny – za miesiąc, w sierpniu, przed Turniejem o Puchar Prezydenta Miasta Słupsk. Udało się – były dmuchańce, grill, animator dla dzieci, kosze różnych rozmiarów, konkursy z nagrodami i na koniec przyjechał do nas cały zespół i sztab szkoleniowy. Dla organizacji, która powstała 5 tygodni wcześniej – było to ogromnym sukcesem. Szukaliśmy dalej możliwości pokazania dobrej strony kibicowania – padło na Słupskiego Niedźwiadka Szczęścia, naszą lokalną atrakcję miejską. Wszystkie stoją w centrum, honorują różne instytucje, hasła czy wydarzenia, dlaczego nie Niedźwiadek poświęcony Czarnym Słupsk przy Gryfii? Podziałaliśmy i jest już dostępny przed Halą dla każdego. Współpracujemy z kilkoma innymi organizacjami i chcemy wspierać ich lokalne działania dla słupszczan, w szczególności dla dzieci i młodzieży – ostatnio wsparliśmy Fundację Latorośl na Mikołajkowym zGraniu: zorganizowaliśmy stoisko atrakcji, słodyczy, konkurs z nagrodami, a największą radością dla gości było pojawienie się zawodnika – Jakuba Musiała, który pokazał kilka sztuczek, rzutów i rozdawał autografy.

Działalność stowarzyszenia musi być w jakiś sposób finansowana, jak wam wychodzi zdobywanie funduszy na swoje poczynania?

Szukanie środków na działalność, jaką chcielibyśmy prowadzić, to zdecydowanie największe wyzwanie. Bieżące wydatki pokrywamy ze składek członkowskich, jednak nie jest to wystarczający budżet, aby tworzyć większe oprawy. Udało nam się pozyskać dofinansowanie na Niedźwiadka Awansu z Urzędu Miasta Słupsk, pozyskaliśmy również ogromny jak na nasze możliwości grant z Funduszu Akumulator Społeczny dla organizacji pozarządowych, dzięki któremu udało się zrobić pierwsze duże zakupy – wspomniane bębny z zapasem naciągów i pałek, koszulki dla wszystkich członków, torby na sprzęt i farby do malowania twarzy na różne wydarzenia promocyjne. Wspiera nas również kilku sponsorów, jednak szukamy kolejnych źródeł, aby nasza działalność mogła wejść na wyższy poziom pod względem rozmachu i estetyki.

Ilu jest członków stowarzyszenia – jak próbujecie pozyskać kolejnych, jak podchodzą do was „zwykli” kibice?

Na ten moment jest nas blisko pięćdziesiąt osób. Werbujemy w mediach społecznościowych, dzięki wsparciu Prezesa Grupy Sierleccy Czarni Słupsk Michała Jankowskiego, zapraszamy do nas w gościnę dzieci i młodzież, znajdującą się pod opieką słupskich organizacji – fundacji, stowarzyszeń czy placówek opiekuńczo-wychowawczych. Ze względu na pandemię wypatrujemy stabilizacji w nauce, aby odwiedzać szkoły średnie z ofertą niepowtarzalnej rozrywki. Jednak o nowych członków jest bardzo ciężko z wielu powodów. Najważniejszym chyba jest to, że nie wyrobiliśmy sobie jeszcze takiej marki pod kątem jakości, tak potrzebnego zaufania, żeby przyciągnąć niezdecydowanych kibiców z trybun. Sygnały, jakie do nas docierają, są w zdecydowanej większości pozytywne, jednak zbudowanie silnego, licznego i zwartego Klubu Kibica wymagać będzie od nas jeszcze wiele sił, potu i czasu. Patrzymy na to wszystko z optymizmem – ustaliliśmy sobie konkretny plan działania na długi czas, skupiamy się na kolejnych etapach rozwoju i wierzymy, że wymarzony sukces jest w zasięgu.

Kibicowanie w Polsce, także w koszykówce, jest różnie postrzegane. Są kibice innych zespołów, którzy niekoniecznie myślą tylko o dopingu, często „polują” na fanów innych zespołów, czy na ich szale. Jaki wy macie model, do jakiego zmierzacie?

Jesteśmy kibicami, nie kibolami. Szalik dowolnego klubu mogę sobie kupić w internecie za niewielką kwotę, szybciej i wygodniej niż biegać z kolegami po obcym mieście w nadziei na udane łowy. My stawiamy na rywalizację, a nie wrogość – atmosfera meczowa bywa gorąca, emocje mogą wziąć górę czasami, ale na bandyterkę nie widzę tu miejsca. Traktujemy Gryfię jak swój dom, a społeczność kibiców jak rodzinę. W obu tych przestrzeniach nie ma miejsca na organizowanie ustawek, wywoływanie wojen czy nasilanie wrogości, ale oczywiście jest konieczność chronienia tego, co nasze. Przyjechali do nas kibice ze Stargardu, ze Szczecina, ostatnio z Bydgoszczy – nie spotkała ich żadna przykrość, wręcz przeciwnie. My byliśmy w Zielonej Górze, Bydgoszczy i Gdyni – wszędzie przed i po meczu spotykały nas pozytywne reakcje – wymiana spostrzeżeń o grze, o wyniku i podziękowanie, że przyjechaliśmy za swoim zespołem i nawiązaliśmy rywalizację w dopingu. Wiemy też, że istnieją mecze podwyższonego ryzyka i grupy kibiców o niesportowym, wrogim charakterze. W tym temacie powiem tylko jedno – o halowych bandytach nie powinno się mówić w mediach wcale, jest to w naszym kraju margines w koszykówce i takim pozostanie.

Pytał, rozmawiał: Rafał Szymański

- reklama -

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here