Sadzimy po polsku

0
197
Fot. Arch. Tramwaj Słupski

Przy ulicy Lipowej w Słupsku stoją młode jarzęby szwedzkie. A właściwie to,
co z części z nich zostało. Nagie gałęzie i pnie przywiązane do palików. Wokół zieleni się trawa, nad nimi rozpościerają się korony starych drzew. Młode miały uzupełnić cenną przyrodniczo aleję. Dziś większość z dziesięciu posadzonych niespełna trzy lata temu jarzębów jest w bardzo złym stanie.

Ten widok jest tym bardziej wymowny, że w październiku 2023 roku drzewa pojawiły
się tu w ramach zadania o nazwie: „Utrzymanie cennych zasobów przyrodniczych Miasta Słupska poprzez kompleksowe prace pielęgnacyjne pomników przyrody przy ul. Lipowej”.

Całe przedsięwzięcie kosztowało 96 552 zł.

Zakres prac obejmował między innymi cięcia pielęgnacyjne 16 pomnikowych drzew, wykonanie elastycznych wiązań, ustawienie drewnianych słupków połączonych jutową liną, ściółkowanie gleby korą, posadzenie roślin cebulowych, dziesięciu jarzębów szwedzkich
oraz ustawienie tablicy informacyjnej.

Redakcja poprosiła słupski ratusz o umowę z wykonawcą, specyfikację materiału roślinnego, protokół odbioru i dokumenty dotyczące późniejszej pielęgnacji. Otrzymaliśmy odpowiedzi na pytania. Dokumentów – nie.
Mamy za to coś, czego do oceny dzisiejszego efektu nie trzeba szukać w urzędowych segregatorach. Wystarczy pójść na Lipową.

Wykonawca miał podlewać

Miasto poinformowało nas, że przez pierwszy rok po bezusterkowym odbiorze
za pielęgnację nowych drzew odpowiadał wykonawca – firma Conica. Lista jego obowiązków była konkretna: podlewanie młodych nasadzeń, odchwaszczanie, nawożenie, usuwanie odrostów korzeniowych, wymiana uszkodzonych wiązań i palików oraz wymiana roślin uschniętych lub obumarłych. Na papierze trudno znaleźć lukę.

Nie wiemy, jak często drzewa podlewano. Nie wiemy, czy którekolwiek wymieniano i kiedy zaczęły się problemy z ich kondycją. Nie będziemy więc twierdzić, że wykonawca swoich obowiązków nie wykonywał, skoro nie mamy na to dowodów.
Wiemy natomiast, jak drzewa wyglądają dzisiaj.
I właśnie tu pojawia się znacznie ważniejsze pytanie niż to, czy wykonawca pojawił
się na Lipowej z konewką odpowiednią liczbę razy. Kto i jak sprawdza efekt usługi,
za którą zapłacono z publicznych pieniędzy?

Bo w przypadku drzewa wykonaniem zadania nie powinno być samo umieszczenie sadzonki w ziemi. Efektem ma być drzewo, które się przyjmie i będzie rosło.
Ratusz w odpowiedzi dla redakcji zaznaczył, że pierwszy rok pielęgnacji jest kluczowy
dla rozwoju systemu korzeniowego, a w kolejnych latach młode drzewa „winny stać się samowystarczalne”.
Na Lipowej najwyraźniej nie wszystkie zdążyły.

Drzewo nie czyta protokołu odbioru

Jarząb szwedzki nie jest szczególnie kapryśnym gatunkiem. Dobrze znosi warunki miejskie, zanieczyszczenie powietrza, wiatr, a po właściwym ukorzenieniu także okresową suszę. Nieprzypadkowo wykorzystuje się go do nasadzeń przy ulicach i w alejach. Kluczowe jest jednak właśnie owo „po ukorzenieniu”. Młode drzewo potrzebuje czasu, wody
i odpowiednich warunków, zanim będzie w stanie radzić sobie samodzielnie.

Jednocześnie jarząb szwedzki nie jest w Polsce zupełnie zwyczajnym gatunkiem.
Jego naturalne stanowiska należą do rzadkich, a dziko rosnący jarząb szwedzki objęty jest ochroną ścisłą. Nie oznacza to oczywiście, że taką samą ochroną gatunkową objęte jest każde drzewo posadzone przez człowieka przy miejskiej ulicy. Pokazuje jednak przyrodniczą wartość gatunku, który na Lipowej ma dodatkowo szczególne znaczenie – tworzy istniejącą, pomnikową aleję.
Dlatego wybór jarzębu szwedzkiego do jej uzupełnienia trudno uznać za przypadkowy. Młode drzewa miały z czasem zastępować ubytki i zapewnić ciągłość alei. Trafiły jednak
w wymagające miejsce – pomiędzy stare drzewa z rozbudowanymi systemami korzeniowymi, gdzie od początku muszą konkurować o wodę, przestrzeń i składniki pokarmowe. W takich warunkach posadzenie drzewa jest dopiero początkiem.
O powodzeniu całego przedsięwzięcia decyduje to, co dzieje się z nim później.

Specjaliści zajmujący się drzewami w miastach zwracają uwagę na podlewanie młodych nasadzeń, ściółkowanie, ograniczenie konkurencji roślin rosnących wokół pnia, odpowiednią przestrzeń dla korzeni i stan gleby. Zalecają również coś, co w tej historii wydaje się szczególnie istotne: monitorowanie nowych drzew po posadzeniu i kontrolowanie efektów pracy wykonawców.
Na Lipowej dzisiaj nie widać wokół młodych jarzębów warstwy kory ani wyraźnych mis.
Pod pniami rośnie trawa i inna roślinność. Nie jest to dowód, że ściółkowania nie wykonano – przez blisko trzy lata kora mogła się rozłożyć albo zarosnąć. Pokazuje jednak, że młode drzewa funkcjonują dziś w warunkach dalekich od tych, które ułatwiają im start.

A przecież właśnie o start chodziło.

Posadziliśmy. I co dalej?

Lipowa jest dobrym przykładem problemu znacznie większego niż dziesięć jarzębów.

Przy inwestycjach drogowych wycinamy drzewa. Później pojawiają się nowe – jako nasadzenia zastępcze, element zagospodarowania terenu albo po prostu kolejna miejska inwestycja w zieleń. W projekcie wszystko się zgadza. Liczba sztuk, gatunek, obwód pnia, paliki, wiązania, termin wykonania.

Sadzimy, ale przyroda ma dość paskudny zwyczaj nieuznawania zakończenia inwestycji
za zakończenie własnych potrzeb.
Drzewo trzeba podlewać także wtedy, gdy nie ma już czego fotografować na potrzeby informacji o zakończonym zadaniu. Trzeba sprawdzać jego stan po pierwszym lecie, drugim i kolejnym. W przypadku niepowodzenia trzeba również ustalić, dlaczego nie przeżyło,
bo bez tej wiedzy możemy w tym samym miejscu posadzić następne i osiągnąć dokładnie ten sam rezultat. Problem nie polega więc na tym, że miasta wydają pieniądze na drzewa. Problem zaczyna się wtedy, gdy sukces mierzymy liczbą drzew posadzonych, zamiast liczbą tych, które przeżyły.
Każde obumarłe drzewo oznacza przecież również konkretną stratę finansową. Zapłaciliśmy za sadzonkę, jej transport, przygotowanie miejsca, posadzenie, zabezpieczenie
i pielęgnację. Jeżeli trzeba będzie ją usunąć i zastąpić kolejną, część tej drogi przejdziemy – i opłacimy – ponownie.
Dlatego zlecenie prac związanych z zielenią nie jest jeszcze dowodem dbałości o przyrodę. Tak samo jak faktura nie jest dowodem, że osiągnęliśmy zamierzony efekt.

Prawie sto tysięcy później

Wróćmy więc na Lipową.

Miasto przeznaczyło 96 552 zł na zadanie, którego celem było – jak zapisano już w jego nazwie – „utrzymanie cennych zasobów przyrodniczych”. Pielęgnowano stare drzewa, wykonano zabezpieczenia, posadzono rośliny cebulowe i dziesięć nowych jarzębów.
Rośliny cebulowe zakwitną i znikną, by wrócić w kolejnym sezonie. Drzewo jest zobowiązaniem na dziesięciolecia. Nie wystarczy więc umieścić go w ziemi i przez rok wykonywać zapisany w umowie zakres pielęgnacji. Szczególnie jeśli sadzimy je w trudnym miejscu, pomiędzy starymi drzewami, gdzie od początku musi walczyć o swoje.
Dziś przy Lipowej stoją paliki, a przy większości z nich młode drzewa, których kondycję trudno uznać za efekt udanego odtworzenia alei.
I właśnie dlatego ta historia nie jest opowieścią o dziesięciu pechowych jarzębach.

Jest opowieścią o tym, co właściwie kupujemy za publiczne pieniądze: usługę posadzenia drzewa czy żywe drzewo?

Jeżeli to pierwsze, wystarczy wykonawca, protokół i faktura.
Jeżeli drugie – ktoś musi jeszcze wrócić i sprawdzić, czy żyje.

Słupsk jest zielonym miastem. Tym bardziej powinien umieć odróżnić sadzenie zieleni
od dbania o nią. Nie potrzebujemy przecież kolejnych informacji o tym, ile drzew udało się posadzić, jeśli nie potrafimy równie uważnie patrzeć na to, ile z nich później przetrwało.
Bo najdroższe drzewo nie jest tym, za które dużo zapłaciliśmy. Najdroższe jest to, za które zapłaciliśmy, pozwoliliśmy mu uschnąć, a potem będziemy musieli zapłacić jeszcze raz.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here