Co wiemy o sprawie z Budowlanki – a czego jeszcze nie wiemy

0
728

Są sprawy, które wymagają ciszy. Takiej ciszy, w której słychać więcej. W której dorośli nie ścigają się z nagłówkami, nie próbują ratować wizerunku instytucji, nie stawiają tez szybciej, niż pojawiają się dowody. Są sprawy, które wymagają czasu, uważności i pokory wobec faktów. Sprawa wydarzeń z 17 listopada
w Zespole Szkół Budowlanych i Kształcenia Ustawicznego w Słupsku jest jedną
z nich.

Najpierw były słowa

17 listopada ub. roku – według pierwszych relacji rodziców i świadków – na lekcji miało dojść do publicznego upokorzenia uczniów z Ukrainy. Padało słowo „swołocz”. Padały komentarze o tym, że „żaden Ukrainiec nie zdałby egzaminu”. W tle inni uczniowie puszczali z telefonów odgłosy wybuchów, szydząc z wojny. Nauczyciel nie reagował.
A potem – już poza terenem szkoły – doszło do przemocy. Kopnięcia, uderzenia w głowę, splunięcie w twarz, okrzyk: „Na front, ukraińska k**o!”. Jeden z chłopców trafił do szpitala ze złamanym obojczykiem, u innych lekarze podejrzewali wstrząśnienie mózgu. Zdarzenie miało miejsce sto metrów od komisariatu policji. Według relacji rodziców, pierwsze zgłoszenie nie zostało przyjęte.

W moim pierwszym tekście o tej sprawie pisałam, że to nie był „incydent”. Że to był sygnał alarmowy. I pytanie o granice – granice języka, granice odpowiedzialności dorosłych, granice bezpieczeństwa w szkole.

Nowa opowieść

Dziś, parę miesięcy później, w przestrzeni publicznej funkcjonuje już zupełnie inna opowieść.

13 stycznia Radio Gdańsk opublikowało materiał zatytułowany: „Nie było pobicia ukraińskich uczniów w szkole w Słupsku”. Czytamy w nim:

W tzw. budowlance w Słupsku nie doszło do pobicia ukraińskich uczniów – wskazują ustalenia Urzędu Miejskiego w Słupsku. Kontrola wykazała, że to ukraińscy uczniowie zachowywali się niestosownie w szkole, byli agresorami i próbowali upokorzyć polskiego ucznia. Potem z zajścia wywiązała się bijatyka z udziałem kilku osób.”

Rzeczniczka Urzędu Miejskiego w Słupsku Monika Rapacewicz mówiła na antenie:

Agresorami byli uczniowie z Ukrainy, którzy zaczepiali ucznia z Polski. Potem do zajścia dołączyli inni uczniowie.”

W materiale przywołano dokument Urzędu Miejskiego, w którym czytamy:

Uczeń z Polski był popychany, kazano mu klękać i przepraszać chłopców z Ukrainy. Z jego relacji wynika, że czuł się na tyle zagrożony, że zadzwonił po kuzyna. W wyniku tego doszło do bójki”.

A o nagraniu z lekcji:
Nagranie – zdaniem urzędników – zostało zmontowane i zmanipulowane, bo kurs,
w którym uczniowie brali udział, nie kończył się egzaminem.”

Kilka dni później kolejne medium pisze o „nowym świetle” rzuconym na sprawę.
O ustaleniach miasta i kuratorium. O tym, że „nie potwierdzono zarzutów wobec pedagoga”, a przebieg wydarzeń „miał wyglądać inaczej, niż przedstawiano to w mediach społecznościowych”.

Dokument, który wszystko zmienił

To „nowe światło” wcale nie jest nowe. Jego źródłem jest pismo Urzędu Miejskiego z 2 grudnia 2025 roku – odpowiedź na zapytanie radnej Aleksandry Karnickiej, podpisana przez zastępczynię prezydenta Beatę Chrzanowską.

Czytamy w nim m.in.:
Zgodnie z wyjaśnieniami dyrektora szkoły” konflikt rozpoczął się podczas wyświetlania filmu z okazji rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, gdy „chłopcy pochodzenia ukraińskiego zachowywali się niestosownie: naśmiewali się, przeszkadzali i komentowali w języku ukraińskim”.

Dalej:
kamera szkolna uchwyciła, jak uczeń pochodzenia ukraińskiego dopuszcza się przemocy fizycznej wobec ucznia pochodzenia polskiego”.

W sprawie nauczyciela:
Nauczyciel kategorycznie zaprzecza, iż miało to miejsce. Twierdzi również, że część słów jest jego, a część wytworzona prawdopodobnie przez sztuczną inteligencję”.

I jeszcze:
Wśród uczniów kursu została przeprowadzona ankieta, która nie potwierdziła jakoby nauczyciel miał dopuścić się tych czynności. Tym samym nie ma żadnych wiarygodnych dowodów świadczących o winie nauczyciela”.
Ten dokument jest kluczowy. Pokazuje, że miasto już w listopadzie przyjęło jedną wersję wydarzeń – opartą niemal wyłącznie na relacjach nauczyciela, dyrektora szkoły i jednego polskiego ucznia – i zaczęło komunikować ją jako „ustaloną prawdę”. Mimo że równolegle toczy się postępowanie policji.

Nagranie i pytanie o prawdę

I tu pojawia się wątek szczególnie delikatny – nagranie.
Władze miasta mówią dziś o nim jak o fakcie dokonanym: „zmanipulowane”, „pocięte”, „sfabrykowane”, częściowo „wytworzone przez sztuczną inteligencję”. Te słowa padają
w oficjalnych komunikatach, w odpowiedziach do radnych, w wypowiedziach medialnych. Padają z pełną mocą urzędowego autorytetu.

Tyle że w odpowiedziach Urzędu Miejskiego nie ma informacji o żadnej ekspertyzie biegłych. Nie ma nazwiska eksperta. Nie ma protokołu. Nie ma raportu fonoskopijnego
ani informatycznego. Nie ma informacji, kto badał nagranie, jaką metodą, na czyje zlecenie i za jakie środki.

Tymczasem w świecie, w którym sztuczna inteligencja potrafi generować głosy, twarze i całe sceny z zadziwiającą precyzją, nawet doświadczeni informatycy nie wydają kategorycznych ocen „na ucho”. Do tego potrzebne są specjalistyczne narzędzia, analiza oryginalnych plików, badanie metadanych, ścieżek dźwiękowych, kompresji, artefaktów. Potrzebna jest ekspertyza biegłego z zakresu informatyki śledczej lub fonoskopii.

Dopiero taki raport – podpisany nazwiskiem, opatrzony metodologią, złożony do akt – daje podstawę, by w przestrzeni publicznej mówić: „nagranie jest zmanipulowane”. Wszystko inne jest opinią. Przypuszczeniem. Tezą.
A jednak to właśnie ta teza została dziś podniesiona do rangi faktu.

Postępowanie trwa

Rzecznik Komendy Miejskiej Policji w Słupsku, podkom. Jakub Bagiński, w odpowiedzi na pytania redakcji potwierdził, że postępowanie w sprawie bójki nadal się toczy.
Nikomu nie postawiono jeszcze zarzutów. Nie wiadomo, komu zostaną postawione
i czy w ogóle zostaną.
To znaczy: sprawa nie została rozstrzygnięta.

A jednak w przestrzeni publicznej funkcjonuje już werdykt.

13 stycznia skierowałam do rzeczniczki Urzędu Miejskiego Moniki Rapacewicz szczegółowe pytania – o podstawy twierdzenia, że „nie było pobicia”, o dokumentację medyczną,
o konsultacje z policją, o źródło relacji o klękaniu i przepraszaniu, o wysłuchanie uczniów ukraińskich, o ankietę i jej język, o ekspertyzę nagrania i ewentualną opinię biegłego.

Odpowiedź, którą otrzymałam, w całości opiera się na wiedzy przekazanej przez dyrektora szkoły. Urząd pisze:
Każda informacja przekazywana przez Rzecznika (…) oparta jest na faktach oraz informacjach oficjalnych przekazanych przez dyrektorów jednostek”.

I dalej:
przesłanki oraz wiedza powzięta przez Dyrektora Szkoły z racji: kontaktu z Policją, przeprowadzenia ankiety, zeznań nauczyciela na Policji oraz kontroli Kuratorium Oświaty pozwoliła mu na przekazanie informacji do Urzędu o braku podstaw do uznania nauczyciela za sprawcę zarzucanych mu czynów”.

Nie ma w tej odpowiedzi informacji o ekspertyzie biegłego. Nie ma nazwiska eksperta.
Nie ma protokołu. Nie ma informacji, czy ankieta była przeprowadzona w języku ukraińskim. Nie ma informacji, czy wysłuchano uczniów z Ukrainy z udziałem tłumacza.
Nie ma informacji, czy miasto rozmawiało z ich rodzicami.

Jest za to logiczny wywód o tym, że „nie było egzaminu”, więc groźba „niezdania egzaminu” jest nielogiczna. Jakby sens wypowiedzi nauczyciela zależał od formalnego regulaminu kursu, a nie od tego, co słyszą uczniowie siedzący w ławkach. Kuratorium Oświaty informuje z kolei, że dyrektor przeprowadził rozmowy z uczniami ukraińskimi i ich rodzicami, że młodzież wzięła udział w ankiecie, że jeden z uczniów otrzymał naganę,
a w szkole zaplanowano działania profilaktyczne. To wszystko są ważne działania. Ale żadne z nich nie jest ekspertyzą. Żadne nie jest wyrokiem. Żadne nie zamyka sprawy.

Odpowiedzialność dorosłych

I tu dochodzimy do sedna.
Być może winni są uczniowie z Ukrainy. Być może winni są polscy uczniowie. Być może winni są wszyscy. Być może nauczyciel przekroczył granice. A być może padł ofiarą prowokacji.

Tego dziś jeszcze nie wiemy.

Ale właśnie dlatego dorośli powinni być strażnikami standardów. Powinni mówić: czekamy na wynik śledztwa. Badamy wszystkie wątki. Zabezpieczamy dowody. Chronimy uczniów. Szanujemy każdą stronę. Nie ferujemy wyroków. Tymczasem miasto zachowało się jak sędzia, który wydał wyrok przed procesem. Media podchwyciły ten werdykt bez pytania policji o stan postępowania. Bez pytania o ekspertyzę. Bez pytania o dokumentację medyczną. Bez pytania o rodziców. A przecież szkoła nie jest wolna od konfliktów. Społeczeństwo nie jest wolne od napięć narodowościowych. Wojna za naszą granicą wdziera się do klas, na korytarze, do języka młodych ludzi. Ale właśnie dlatego instytucje publiczne muszą być mądre. Cierpliwe. Odpowiedzialne.

Ja czekam na wynik śledztwa. I jeśli winni są uczniowie ukraińscy – powinni ponieść konsekwencje. Jeśli winni są polscy uczniowie – powinni ponieść takie same. A sprawa nauczyciela i nagrania powinna zostać rzetelnie zbadana przez niezależnych biegłych.
Tylko wtedy będziemy mogli powiedzieć, że zachowaliśmy się jak dorośli.
Na razie jednak widzę pośpiech. Widzę zamknięcie. Widzę potrzebę obrony instytucji
za wszelką cenę. Widzę narrację, która już poszła w świat – i której nie da się cofnąć.

I czuję, po raz kolejny, że samorząd mnie zawiódł.

Bo w takich sprawach nie wygrywa się racją.
Wygrywa się uczciwością.

Szanowna Czytelniczko, Szanowny Czytelniku,
ten tekst jest felietonem – autorskim komentarzem do wydarzeń i dokumentów, które funkcjonują w przestrzeni publicznej. Nie musi on odzwierciedlać Twojego punktu widzenia. Zachęcamy jednak do uważnego śledzenia faktów, sięgania do źródeł i samodzielnego wyrobienia sobie opinii.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here