Misja z podwyżką. Jak władza w Słupsku odpowiedziała na krytykę mieszkańców

0
807
Władze Słupska. Dodatki specjalne w 2026 roku wzrosły.

Kilka tygodni temu w słupskim ratuszu padło słowo „misja”. Brzmiało podniośle, niemal metafizycznie. Wiceprezydent tłumaczyła, że jej dodatek specjalny
to wynagrodzenie za gotowość, dyspozycyjność i nadzwyczajne obciążenie obowiązkami. Dziś można powiedzieć, że była to zapowiedź czegoś znacznie bardziej konkretnego: korekty cennika.

Bo oto – mimo medialnego nagłośnienia sprawy, mimo krytycznych komentarzy mieszkańców, mimo publicznej dyskusji – dodatki specjalne nie tylko nie zniknęły.
One wzrosły. Z dokumentów za 2026 rok wynika jasno:

  • Pierwszy Zastępca Prezydenta (Marta Makuch) – 7 610 zł brutto miesięcznie,
  • Drugi Zastępca Prezydenta(Beata Chrzanowska) – 6 624 zł brutto miesięcznie,
  • Skarbnik (Anna Gajda)– 9 700 zł brutto miesięcznie (w pierwszym kwartale 2026 r.),
  • Sekretarz (Tomasz Czuczak)– 1 800 zł.

Jeżeli więc ktoś miał nadzieję, że publiczna debata przyniesie refleksję, musi przyznać,
że przyniosła coś znacznie bardziej wymiernego: podwyżkę.

Inflacja wrażliwości

Jeszcze niedawno dodatek pierwszej wiceprezydent wynosił 6 410 zł miesięcznie.
Dziś to 7 610 zł. Wzrost o 1 200 zł miesięcznie. W skali roku – ponad 14 tysięcy złotych więcej. Misja najwyraźniej nabrała rozmachu.

Druga wiceprezydent jeszcze w ubiegłym roku pobierała dodatek
w wysokości 5 424 zł miesięcznie. Dziś otrzymuje 6 624 zł. To również wzrost o 1 200 zł miesięcznie, czyli kolejne ponad 14 tysięcy złotych rocznie więcej za – jak należy rozumieć – jeszcze bardziej pogłębioną gotowość.

Skarbnik miasta, która wcześniej otrzymywała 6 192 zł miesięcznie, a w ostatnich miesiącach roku 8 500 zł, dziś inkasuje 9 700 zł miesięcznie. W tym przypadku „okresowość” zdaje się mieć charakter dynamiczny – rozwija się wraz z budżetem.

To już nie jest subtelna korekta. To jest wyraźna linia trendu.
Bo przecież trudno uznać, że władza nie wie, co się mówi. Komentarze są widoczne. Krytyka jest czytelna. Emocje – autentyczne.
A odpowiedź? Wyższe dodatki.
W tej logice głos mieszkańców działa najwyraźniej jak wskaźnik motywacyjny: im większe oburzenie, tym wyższa potrzeba stabilizacji finansowej kadry kierowniczej.

 

Historia ma poczucie humoru

Ale prawdziwa ironia zaczyna się dopiero wtedy, gdy sięgniemy pamięcią kilka lat wstecz. Rok 2017. Artykuł w lokalnym medium zatytułowany „Każdemu według zasług”.
Sprawa dotyczyła dodatku specjalnego dla ówczesnego wiceprezydenta Marka Biernackiego.
Radni Platformy Obywatelskiej chcieli jego obniżenia o 50%.

Z artykułu wynika jasno:

Radni Platformy Obywatelskiej chcą obniżenia o 50% dodatku pobieranego przez wiceprezydenta Marka Biernackiego. […] Beata Chrzanowska, przewodnicząca Rady Miejskiej w Słupsku, zauważyła, że w obecnej sytuacji nie ma szans na inwestycję,
o której tak często i dużo mówiono. W związku z tym przewodnicząca składa oficjalny wniosek do prezydenta, aby ten obniżył dodatek specjalny zastępcy prezydenta.”
(info.kanal6.pl, 6 czerwca 2017 r. Każdemu według zasług )

Wtedy dodatki były problemem. Wtedy należało je obniżać. Wtedy budżet miasta wymagał rozwagi. Dziś – dziewięć lat później – Beata Chrzanowska jest drugą wiceprezydent
i pobiera 6 624 zł dodatku specjalnego miesięcznie. Nie jest to zarzut. To jest fakt.
A fakty mają tę nieprzyjemną cechę, że pamiętają lepiej niż politycy.

Ewolucja czy amnezja?

Można oczywiście powiedzieć: zmieniła się sytuacja. Zmieniły się obowiązki.
Zmieniły się okoliczności.
Można.
Ale można też zauważyć, że zmieniło się jedno: miejsce przy stole. Kiedy dodatki pobierał ktoś inny – były przedmiotem krytyki.
Kiedy dodatki pobiera się samemu – stają się naturalnym elementem „zwiększonego zakresu obowiązków”. To nie jest zwykła zmiana zdania. To jest modelowy przykład politycznej elastyczności. Najbardziej niepokojące w tej historii nie są jednak same kwoty. Najbardziej niepokojące jest to, jak niewiele zmienia publiczny sprzeciw. Mieszkańcy komentują. Media piszą. Padają pytania. A odpowiedź? Wyższe dodatki.
W demokracji głos obywateli powinien coś ważyć. Powinien być czynnikiem, który zmusza władzę do refleksji. Tutaj wygląda to inaczej.
Wygląda to tak, jakby władza mówiła: „Oczywiście, możecie mieć zdanie,
ale to my decydujemy na co wydajemy wasze pieniądze.”

I żeby było jasne – mamy świadomość, że przyznanie dodatków jest zgodne z prawem. Czyli, że przyznać je można. Pytanie: czy trzeba?

Radni – reprezentanci czy rzecznik prasowy władzy?

W tej całej konstrukcji nie sposób pominąć roli Rady Miasta. To przecież ona – w teorii – jest pierwszą linią kontroli. To radni mają patrzeć władzy na ręce. To oni reprezentują mieszkańców, a nie odwrotnie. Tymczasem w tej sprawie głos Rady brzmi zaskakująco cicho. Zamiast stanowczego żądania wyjaśnień i realnej debaty nad zasadnością podwyżek, słychać raczej uspokajające wypowiedzi w lokalnych rozgłośniach radiowych. Zamiast presji na zmianę decyzji – narrację obronną. Jakby radni poczuli się bardziej zobowiązani
do tłumaczenia włodarzy niż do reprezentowania tych, którzy ich wybrali.
Jeśli po publicznym sporze dodatki rosną, a nie maleją, to znaczy, że mechanizm kontroli przestał być realnym narzędziem, a stał się elementem dekoracji ustrojowej.
Bo Rada Miasta nie została powołana po to, by pełnić funkcję rzecznika prasowego prezydentki i jej zastępczyń. Jej rolą jest stawianie pytań. Trudnych, niewygodnych, czasem politycznie ryzykownych.
W tej sprawie pytania zadał właściwie jeden radny – Kacper Moroz. To on złożył interpelację. To on formalnie uruchomił procedurę wyjaśnień. Reszta? Milczenie.
Albo medialna lojalność. I to właśnie to milczenie jest najbardziej wymowne.
Bo jeśli tylko jeden radny ma odwagę pytać, a pozostali wolą uspokajać nastroje,
to coś w lokalnej demokracji przestaje działać tak, jak powinno.
Demokracja samorządowa zaczyna wtedy przypominać spektakl, w którym role
są rozpisane wcześniej. Władza wykonawcza decyduje. Rada przytakuje. A mieszkańcy – jak zwykle – mają możliwość komentowania.
Tylko komentowania.

Prezydentka Słupska i jej zastępczyni. W debacie o dodatkach coraz częściej pojawia się pytanie o styl i jakość rządzenia.

I coś jeszcze. Coś znacznie poważniejszego

W komentarzach coraz trudniej nie zauważyć niebezpiecznego zwrotu. Pojawiają się głosy mówiące o „złym rządzeniu przez kobiety”. To moment bardzo groźny. Przez lata kobiety walczyły o równość w polityce. O to, by mogły zajmować stanowiska decyzyjne.
O to, by nie oceniano ich przez pryzmat płci, lecz kompetencji. Tym bardziej bolesne
jest to, co dzieje się dziś w słupskim ratuszu. Bo gdy władza – w dodatku kobieca – reaguje na społeczną krytykę podnoszeniem własnych dodatków, gdy pojawia się wrażenie lekceważenia mieszkańców, gdy zamiast refleksji widzimy finansową korektę w górę, szkodzi to nie tylko konkretnym osobom. Szkodzi idei.
Misją kobiet u sterów nie miało być udowodnienie, że potrafią korzystać z przywilejów równie sprawnie jak mężczyźni. Misją miało być pokazanie jakości. Innego stylu.
Innej wrażliwości. Jeśli dziś część mieszkańców zaczyna tracić zaufanie nie tylko do nazwisk, ale do samej koncepcji kobiecego przywództwa, to znaczy, że pęknięcie jest głębsze niż budżetowa tabelka.
To rozczarowanie nie dotyczy już dodatków. Dotyczy zaufania. A zaufanie buduje się latami. I traci w ciszy.

I jeśli władza, która miała być dowodem, że kobiety rządzą inaczej i lepiej, kończy jako symbol dodatków i lekceważenia mieszkańców — to nie tylko przegrywa kadencję. Ona przegrywa coś znacznie trudniejszego do odbudowania: zaufanie kobiet do własnej politycznej przyszłości.

 

 

Szanowna Czytelniczko, Szanowny Czytelniku,
ten tekst jest felietonem – autorskim komentarzem do wydarzeń i dokumentów, które funkcjonują w przestrzeni publicznej. Nie musi on odzwierciedlać Twojego punktu widzenia. Zachęcamy jednak do uważnego śledzenia faktów, sięgania
do źródeł i samodzielnego wyrobienia sobie opinii.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here