Między władzą a władztwem

0
328

Pod koniec lutego odbyła się sesja Rady Miejskiej w Słupsku, która – przynajmniej w teorii – miała być kolejnym roboczym spotkaniem samorządu.
W praktyce była jedną z tych, które podnoszą ciśnienie. Spraw ważnych było sporo, emocji jeszcze więcej. Zakończyła ją obszerna wypowiedź prezydent Krystyny Danileckiej-Wojewódzkiej – przemówienie z odpowiednim patosem
i ciężarem, które miało raz na zawsze wyjaśnić kwestię dodatków specjalnych
dla kierownictwa ratusza. Nie wyjaśniło. Ale pokazało coś znacznie istotniejszego – sposób, w jaki władza rozumie samą siebie.

Słuchałam wystąpienia prezydent Krystyny Danileckiej-Wojewódzkiej z dużą uwagą.
Nie z ciekawości, lecz z poczucia odpowiedzialności. Kiedy władza zabiera głos w sprawie, która budzi emocje, warto słuchać uważnie – nie po to, by szukać potwierdzenia własnych tez, ale by zrozumieć sposób myślenia, który stoi za decyzjami.

Liczyłam na wyjaśnienie. Może na próbę zmierzenia się z wątpliwościami, które wywołała sprawa dodatków specjalnych dla kierownictwa ratusza. Liczyłam na rozmowę, nawet jeśli trudną. Nie rozwiało to jednak moich wątpliwości. Przeciwnie – sprawiło, że urosły.

Przez moment miałam wrażenie, że uczestniczę nie w sesji Rady Miasta, lecz w lekcji wychowawczej. Ton był stanowczy, chwilami moralizatorski. Pojawiły się słowa o wstydzie,
o etosie pracy, o przestarzałym systemie wynagrodzeń, o „zaglądaniu pod kołdrę
i do kieszeni”, o hejcie i psychicznej przemocy.
Nie twierdzę, że taka była intencja. Opisuję wrażenie, jakie we mnie pozostało.

To jest felieton – forma z natury subiektywna. Czytelnik nie musi się z tą opinią zgadzać. Każdy może ocenić wystąpienie prezydent samodzielnie.
Ja opisuję to, co usłyszałam i jak to zrozumiałam.

Ale jedno wiem na pewno: nie jestem uczennicą. Jestem mieszkanką tego miasta.
A ratusz nie jest salą lekcyjną. Jest miejscem, w którym władza odpowiada przed wspólnotą, a nie udziela jej lekcji wychowawczej. Dlatego zdjęłam – metaforycznie – szkolny fartuszek i postanowiłam na chłodno przyjrzeć się słowom pani prezydent.
Bez emocji. Bez obrażania. Z próbą zrozumienia mechanizmu, który za nimi stoi.

„Jest mi wstyd”

Prezydent rozpoczęła od szerokiego kontekstu:

Jest mi wstyd wtedy, kiedy prezydent Rzeczypospolitej Polskiej zarabia mniej niż dyrektor szkoły w Norwegii. Kiedy prezydent Rzeczypospolitej Polskiej zarabia jedną czwartą tego, co kanclerz Niemiec, jedną trzecią tego, co prezydent Francji. Jest mi wstyd, kiedy przez całą Polskę przetacza się dyskusja, czy ustępujący po 10 latach pracy prezydent będzie miał jakąkolwiek pracę. Jest mi wstyd, gdy politycy różnych opcji przez niemal cztery kadencje demokratycznej Polski nie mają odwagi, żeby podjąć decyzję w sprawie racjonalnej polityki płacowej, także w samorządach każdego szczebla.”

W tym samym wywodzie pojawił się również wątek braku uposażenia dla żony prezydenta RP – wykształconej kobiety wykonującej dużą pracę.
To był wywód o systemie. O państwie. O niesprawiedliwościach strukturalnych.
O przestarzałych przepisach. O „przedpotopowych pojęciach płacy zasadniczej brutto”.
Tylko że mieszkańcy nie pytali o Berlin ani o Warszawę. Pytali o Słupsk.
W tej opowieści o wstydzie zabrakło jednego elementu: odniesienia do lokalnej rzeczywistości społecznej. Nie padło zdanie o wstydzie wobec tych mieszkańców, którzy pracują za minimalne wynagrodzenie. Nie pojawiła się refleksja, że decyzja o podwyższeniu dodatków – nawet jeśli zgodna z prawem – może być odebrana jako sygnał braku proporcji i wrażliwości na kontekst.
W ten sposób ciężar rozmowy został przeniesiony z pytania „czy to był właściwy moment?” na pytanie „czy w Polsce godnie wynagradza się władzę?”. To skuteczny zabieg retoryczny. Uogólnienie osłabia konkretną odpowiedzialność.

„Przedpotopowe pojęcia” i „zaglądanie pod kołdrę”

Prezydent kontynuowała:
Ci, którzy pracują w samorządzie albo to śledzą, wiedzą, że operujemy przedpotopowymi pojęciami płacy podstawowej brutto. Ta płaca podstawowa od lat jest na ogół niska na tych szczeblach. Ale dodaje się do tej płacy podstawowej na ogół różne dodatki, też brutto – wszystkie z potrąceniami na bardzo wiele składek. Dodatki te mają uzupełnić de facto wynagrodzenia, a nie stanowić jego główny trzon.”

A następnie padło zdanie, które wyznaczyło ton dalszej części wypowiedzi:
Ponieważ nasza natura ludzka jest taka, że lubimy zaglądać pod kołdrę i do kieszeni,
to toczy się dyskusja, która wypadła z jakichkolwiek ram etycznych.”

To sformułowanie zmienia sens całej debaty. Pytanie o publiczne pieniądze zostaje zestawione z ludzką ciekawością, niemal wścibstwem. Tymczasem jawność wynagrodzeń osób pełniących funkcje publiczne nie jest przejawem ludzkiej słabości. Jest zasadą przejrzystości.
To nie jest kołdra.
To jest budżet miasta.
Przesunięcie debaty w stronę prywatności sprawia, że krytyka zaczyna wyglądać jak naruszenie granic, a nie jak realizacja prawa obywatelskiego.

„Moich pracowników” i „moja rola”

W kolejnym fragmencie prezydent mówiła:
Jestem dumna z tego faktu, że mamy dobrą i bardzo dobrą atmosferę w ratuszu od kilku lat, że mamy dobrą atmosferę pracy w spółkach miejskich, w jednostkach, bo ludzie wiedzą, że ja za nimi zawsze stanę murem, jeżeli robią dobrą robotę, a jak coś nie wyjdzie, to mają zawsze spotkanie u mnie, ale w cztery oczy. Chwalę publicznie, ganię imiennie, indywidualnie. To jest moja rola, żeby ustalać warunki pracy i płac i o nie dbać.
To jest także moja kompetencja dobierać współpracowników.”


W sensie formalnym prezydentka ma rację – ustawa przyznaje jej takie kompetencje. Jednak język, który dominuje w tym fragmencie, akcentuje autonomię decyzyjną,
a nie odpowiedzialność wobec wspólnoty.
Urząd miasta nie jest prywatną firmą. W sensie ekonomicznym i ustrojowym pracodawcą
są mieszkańcy. To oni finansują wynagrodzenia. To oni udzielają mandatu. To oni mają prawo pytać. Jeżeli władza zaczyna mówić przede wszystkim o swojej roli i swojej kompetencji, a mniej o zobowiązaniu wobec wspólnoty, rodzi się wrażenie odwrócenia ról.

„Nie zgadzam się na hejt”

W końcowej części wystąpienia padły słowa:
Językiem dyskusji staje się oblewanie błotem, podsycana agresja, cynizm, język pogardy
i – to powiem bardzo wyraźnie – psychiczna przemoc. Psychiczna, bo adresowana
do konkretnych osób. Niektórzy z nas nie tylko krytykują – są do tego uprawnieni –
ale celowo przekłamują dane, cynicznie i świadomie dewaluują pracę innych, najchętniej
w głośnym ryku kamerki. (…) Nie zgadzam się na ten hejt.”

Oczywiście, w przestrzeni publicznej zdarzają się komentarze przekraczające granice.
Nie ma na to zgody. Jednak wrzucenie całej debaty do kategorii hejtu ma poważne konsekwencje. Słowo to stało się dziś wygodnym wytrychem. Pozwala jednym ruchem zdyskredytować różne formy sprzeciwu – od anonimowej agresji (podkreślę jeszcze raz: niedoposzczalnej) po formalną interpelację radnego.

Krytyka decyzji władz nie jest przemocą. Jest elementem demokracji. Samorządowiec musi przyjąć, że jego decyzje będą oceniane. Czasem ostro. Czasem niesprawiedliwie.
Ale to nie jest powód, by podważać samo prawo do oceny.

Szczególnie niepokojące było zdanie:
To nie jest moja rzeczywistość.”
Wypowiedziane w kontekście zarzutów dotyczących wysokości dodatków. To zdanie symbolicznie oddziela świat władzy od świata części mieszkańców. Oznacza odrzucenie
ich percepcji jako nieadekwatnej.

Odwrócona perspektywa

Nie chodzi już wyłącznie o dodatki. Chodzi o model relacji między władzą a wspólnotą.
Jeżeli krytyka jest traktowana jako zagrożenie, jeśli kontrola społeczna bywa nazywana hejtem, jeśli pytania o proporcje zestawia się z zaglądaniem „pod kołdrę”, powstaje wrażenie, że ratusz zaczyna funkcjonować jak twierdza.
A samorząd nie jest twierdzą. Nie jest strukturą, którą należy bronić przed mieszkańcami. Jest instytucją powołaną do działania w ich imieniu.
Misja, o której w ostatnim czasie wiele mówiono, zobowiązuje. Misja samorządu nie polega na odpieraniu krytyki. Polega na utrzymywaniu zaufania wspólnoty.
Nie każda niewygodna opinia jest hejtem. Czasem jest sygnałem, że między władzą
a mieszkańcami pojawia się dystans. Zamiast ten sygnał moralnie dyskwalifikować, warto go potraktować jako informację. Bo w demokracji to nie mieszkańcy są dla samorządu.
To samorząd jest dla mieszkańców. I ta kolejność naprawdę ma znaczenie.

Miasto, które milczy

Im dłużej myślę o tym wystąpieniu, tym mniej widzę w nim sporu o dodatki,
a coraz wyraźniej dostrzegam coś znacznie głębszego. To nie była wyłącznie obrona decyzji.
To był sygnał sposobu myślenia o relacji między władzą a mieszkańcami.

Coraz częściej mam wrażenie, że w lokalnym samorządzie nie mamy już do czynienia wyłącznie z władzą – kadencyjną, podlegającą ocenie, zmienną. Coraz częściej zaczynamy doświadczać czegoś, co można nazwać władztwem. Różnica jest subtelna,
ale fundamentalna.
Władza zakłada dialog.
Władza liczy się z krytyką.
Władza wie, że mandat jest czasowy.

Władztwo natomiast przyzwyczaja do swojej obecności. Nie potrzebuje brutalności. Wystarczy, że wytworzy przekonanie, iż to ono definiuje rzeczywistość. Że to ono wyznacza granice dopuszczalnej krytyki. Że to ono decyduje, co jest debatą, a co hejtem. Władztwo nie ucisza wprost. Ono sprawia, że ludzie zaczynają się zastanawiać, czy warto mówić.

Kiedy słyszę, że krytyka bywa „psychiczną przemocą”, że pytania stają się „zaglądaniem pod kołdrę”, że rzeczywistość mieszkańców nie jest „tą rzeczywistością”, zaczynam
się zastanawiać, czy nie jesteśmy właśnie w tym miejscu.
Bo demokracja lokalna nie umiera wtedy, gdy brakuje konsultacji. Umiera wtedy, gdy znika wiara, że konsultacje coś zmienią. Nie wtedy, gdy padają ostre słowa. Ale wtedy, gdy każde niewygodne pytanie zostaje moralnie zdyskwalifikowane.
Najgroźniejsza nie jest agresja. Najgroźniejsza jest rezygnacja.
Jeżeli mieszkańcy przestaną wierzyć, że ich głos ma znaczenie, władza może działać
bez sprzeciwu. Ale będzie to cisza pozorna. Cisza, która nie oznacza zgody, lecz utratę sprawczości.
A miasto bez sprawczych obywateli nie jest wspólnotą. Jest strukturą administracyjną.
I może właśnie dlatego ta sprawa jest ważniejsza niż dodatki.
Bo nie chodzi już tylko o pieniądze.
Chodzi o to, czy jeszcze wierzymy, że miasto jest naprawdę nasze.

 

Zajrzyjmy do słownika: manipulacja

– wykorzystywanie jakichś okoliczności, naginanie lub przeinaczanie faktów w celu udowodnienia swoich racji lub wpływania na cudze poglądy i zachowania (Słownik Języka Polskiego PWN)

– posługiwanie się w taki sposób faktami lub jakimiś danymi, aby stworzyć pożądany obraz rzeczywistości, niezgodny z prawdą (Wielki Słownik Języka Polskiego)

Cała wypowiedź prezydentki Krystyny Danileckiej – Wojewódzkiej na str: XXVI Sesja Rady w dniu środa, 25 lutego 2026 na kanale Rada Miejska w Słupsku – eSesja.tv

Szanowna Czytelniczko, Szanowny Czytelniku,
ten tekst jest felietonem – autorskim komentarzem do wydarzeń i dokumentów, które funkcjonują w przestrzeni publicznej. Nie musi on odzwierciedlać Twojego punktu widzenia. Zachęcamy jednak do uważnego śledzenia faktów, sięgania
do źródeł i samodzielnego wyrobienia sobie opinii.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here