Zapolska – między błyskiem a znużeniem

0
189
Fot. Nowy Teatr im. Witkacego w Słupsku

Gabriela Zapolska była kobietą, która przez całe życie wymykała się prostym definicjom. Pisarka, aktorka, felietonistka, skandalistka. Uwielbiana i odrzucana. Bezczelnie szczera w czasach, gdy od kobiet oczekiwano przede wszystkim posłuszeństwa. Trudno się więc dziwić, że twórcy najnowszego spektaklu
w słupskim Nowym Teatrze nie próbowali zamknąć jej biografii w klasycznej opowieści od narodzin do śmierci.

„Zapolska Superstar” w reżyserii Miry Mańki jest próbą uchwycenia fenomenu samej bohaterki. To nie tyle historia jej życia, ile zbiór obrazów, wspomnień, relacji i emocji, które tworzą portret kobiety wyprzedzającej swoją epokę. Twórcy świadomie mieszają porządki. Historyczne postacie spotykają się tu ze współczesną estetyką, neony sąsiadują
z kostiumami inspirowanymi dawną modą, a biografia przeplata się z groteską i humorem.

Największą siłą przedstawienia jest tekst Jana Czaplińskiego.

To właśnie on sprawia, że spektakl nie zamienia się w szkolną lekcję literatury ani w kolejną laurkę dla wielkiej artystki. Autor pozwala swojej bohaterce pozostać niewygodną, drażniącą i niejednoznaczną. Dialogi są błyskotliwe, często bardzo zabawne, a jednocześnie potrafią celnie pokazać samotność człowieka, który nie chce dopasować się do oczekiwań innych.

Równie trafionym pomysłem okazało się powierzenie roli Zapolskiej trzem aktorkom. Anna Grochowska, Jowita Kropiewnicka i Katarzyna Pałka nie grają trzech różnych postaci. Tworzą raczej wielogłosową opowieść o jednej kobiecie. Każda wnosi do niej własną energię, temperament i emocjonalność. To właśnie one stają się sercem całego przedstawienia. Najbardziej przekonujące są wtedy, gdy spektakl pozwala im po prostu
być na scenie, bez nadmiaru efektów i formalnych ozdobników. W takich momentach Zapolska staje się prawdziwa. Nie pomnikowa, nie legendarna, ale zwyczajnie ludzka.

Bardzo dobrze wypadają również Wojciech Marcinkowski i Jakub Mielewczyk. Obaj z dużą swobodą odnajdują się w zmieniających się konwencjach spektaklu. Potrafią być zabawni, potrafią być wyraziści, a przede wszystkim nie sprawiają wrażenia, jakby walczyli z tekstem czy formą przedstawienia.

Igor Chmielnik wciela się w kilka postaci, w tym Henryka Sienkiewicza, jednak jego role często ujawniają braki, które trudno przeoczyć. Szczególnie dotyczy to sceny udawania psa – jednej z najsłabszych w całym spektaklu. Zamiast budować znaczenie czy tworzyć ciekawą metaforę, scena staje się niezręczna i momentami wręcz przypadkowa.
Nie pomaga ani aktorowi, ani przedstawieniu.

Również Krzysztof Kluzik nie przekonał mnie w większości swoich scen. Przez znaczną część spektaklu operuje bardzo podniesionym, niemal koturnowym stylem gry, który z czasem zaczyna męczyć bardziej niż intrygować. Tym bardziej zwraca uwagę jedna z ostatnich scen, gdy jako ojciec Zapolskiej na chwilę rezygnuje z teatralnej maniery. Nagle pojawia
się człowiek. Pojawia się emocja. Pojawia się prawda. I właśnie dlatego ten krótki fragment zostaje w pamięci bardziej niż wiele wcześniejszych scen.

Pod względem wizualnym spektakl prezentuje się dobrze. Scenografia Katarzyny Sobolewskiej jest jednocześnie prosta i efektowna. Potrafi przyciągnąć wzrok,
ale nie dominuje aktorów. Dobrze współgrają z nią kostiumy, które umiejętnie łączą historyczne inspiracje ze współczesną estetyką. Mniej przekonują mnie natomiast projekcje z kamery na żywo. To kolejny spektakl Nowego Teatru, w którym pojawia się podobny zabieg. Coraz częściej mam wrażenie, że stał się on elementem obowiązkowym, niezależnie od tego, czy rzeczywiście coś wnosi do opowiadanej historii. Tym razem również
nie znalazłam przekonującego uzasadnienia dla jego obecności – może poza sceną literacko-medycznego konsylium.

Największym problemem „Zapolskiej Superstar” pozostaje jednak rytm przedstawienia.

Spektakl ma kilka naprawdę bardzo dobrych scen. Świetnie wypada pojedynek. Bardzo dobra jest scena czytania listów czy scena porodu. Są momenty zabawne i takie,
które autentycznie poruszają. Problem polega na tym, że pomiędzy nimi pojawiają się fragmenty wyraźnie przeciągnięte. Niektóre sceny można byłoby skrócić bez najmniejszej szkody dla opowieści. Zdarzają się momenty, gdy energia spektaklu po prostu siada.
I niestety właśnie wtedy coraz częściej zerkałam myślami poza scenę.
To chyba najuczciwsza uwaga, jaką mogę postawić temu przedstawieniu. Nie dlatego,
że było złe. Przeciwnie. Widać w nim ogrom pracy, wiele dobrych pomysłów i kilka naprawdę dobrych kreacji. Problem w tym, że jako całość nie potrafił utrzymać mojej uwagi przez cały czas swojego trwania.

Po wyjściu z teatru nie miałam potrzeby natychmiastowego powrotu do Zapolskiej.
Nie wracałam też długo do samego spektaklu. Nie prowadziłam o nim wielogodzinnych rozmów, nie analizowałam kolejnych scen następnego dnia, nie układałam sobie w głowie nowych interpretacji. A właśnie takie rzeczy dzieją się po najlepszych przedstawieniach.„Zapolska Superstar” jest spektaklem nierównym. Ma świetny tekst, bardzo dobre aktorki, kilka znakomitych scen i interesującą oprawę wizualną. Jednocześnie cierpi na dłużyzny, nierówny poziom części kreacji aktorskich i nadmiar rozwiązań formalnych, które nie zawsze znajdują uzasadnienie. To teatr, który momentami błyszczy naprawdę mocno. Szkoda tylko, że nie świeci równie jasno przez cały wieczór.

Mimo wskazanych słabości „Zapolską Superstar” warto zobaczyć. Nie dlatego,
że jest spektaklem bez wad, ale dlatego, że prowokuje do własnej oceny.
Zachęcam, by spotkać się z tą Zapolską i przefiltrować ją przez własne emocje
oraz doświadczenia. W teatrze nie zawsze chodzi przecież o jednomyślność.
Czasem najcenniejsze są właśnie te przedstawienia, które każdy widz zabiera ze sobą
w nieco innej wersji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here