„Obywatelskie” 4,7 miliona. Toalety, tarot, MMA i dokumentacja za 350 tysięcy

0
16
Grafika wykonana za pomocą SI.

Ruszyło głosowanie w Słupskim Budżecie Obywatelskim 2027. Do 20 października mieszkańcy mogą wybierać spośród 41 projektów. Są place zabaw, drogi, oświetlenie, wydarzenia kulturalne, sport, profilaktyka zdrowotna, koncerty, toalety publiczne, a nawet tarot, astrologia i amulety. Jest też 350 tysięcy złotych na coś, czego po zakończeniu projektu właściwie nie będzie można zobaczyć
na ulicy. Powstanie bowiem dokumentacja.

Warto więc przed głosowaniem zrobić coś więcej niż przeczytać tytuły projektów. Zajrzeliśmy do opisów i kosztorysów. Nie po to, żeby rozstrzygać za mieszkańców,
co jest dobre, a co złe. Budżet obywatelski właśnie dlatego jest obywatelski, że decyzja należy do nich. Nie oznacza to jednak, że każdej kwoty i każdego pomysłu nie wolno obejrzeć z bliska. Czasami bardzo bliska odległość daje zaskakujące rezultaty.

Milion za toalety. Potrzebne, tylko dlaczego z SBO?

Najdroższym projektem ogólnomiejskim jest budowa trzech automatycznych toalet publicznych przy ulicach Wiatracznej, Małcużyńskiego i Kołłątaja. Koszt – 1 076 500 zł. Sama toaleta wraz z przyłączami i zagospodarowaniem terenu została wyceniona na 350 tys. zł. Razy trzy daje 1,05 mln. Do tego 25 tys. zł na projekty techniczne i 1,5 tys. zł
na tablice informacyjne.

Czy toalety są Słupskowi potrzebne? Bez dwóch zdań. I być może właśnie dlatego
ten projekt pozostawia pewien niedosyt.
Publiczna toaleta nie jest miejskim luksusem, ekstrawagancją ani obywatelskim marzeniem na miarę fontanny tańczącej w rytm Abby. Jest jednym z podstawowych elementów dobrze urządzonej przestrzeni publicznej. Potrzebują jej seniorzy, rodzice z małymi dziećmi, osoby z niepełnosprawnościami, turyści i każdy, kogo natura nie zapytała wcześniej, czy miasto przewidziało odpowiednią pozycję w budżecie.
Smutne byłoby więc nie to, że mieszkańcy chcą przeznaczyć ponad milion złotych
na toalety. Smutne jest raczej pytanie, czy naprawdę muszą robić to z budżetu obywatelskiego.
Bo jeśli o dostępności tak podstawowej infrastruktury ma decydować liczba głosów zdobytych w internetowym plebiscycie, warto zapytać, gdzie kończy się obywatelska inicjatywa, a zaczyna zwyczajne zadanie miasta. I czy mieszkańcy powinni rywalizować
o pieniądze na coś, co w dobrze funkcjonującym mieście powinno być po prostu dostępne.

350 tysięcy i nadal ani jednej latarni

Jeszcze ciekawiej wygląda projekt „Jasno, bezpiecznie i komfortowo przy Wiatracznej, Rejtana i 3-go Maja”.

Tytuł brzmi obiecująco. Można już niemal zobaczyć równy asfalt i światła rozjaśniające drogę po zmroku. Tyle że nie tym razem.
Za 350 tys. zł mają powstać dokumentacje projektowe: 275 tys. zł ma kosztować dokumentacja przebudowy ulicy Rejtana, kolejne 75 tys. – dokumentacja budowy oświetlenia alei 3 Maja. Nie będzie więc za te pieniądze przebudowanej ulicy ani nowego oświetlenia. Będzie papier, bez którego oczywiście później niczego wybudować się nie da.
Sam autor projektu uczciwie zresztą wyjaśnia mechanizm: gotowa dokumentacja będzie mogła zostać wykorzystana przez miasto albo posłużyć do zgłoszenia wykonania inwestycji… w kolejnych edycjach SBO.

Czyli najpierw mieszkańcy mogą zagłosować za 350 tysiącami na projekt, a potem być może kiedyś zagłosują jeszcze raz – tym razem na jego realizację.

Trudno przy tym oprzeć się wrażeniu, że dokumentacje miejskich inwestycji brzmią bardziej jak pozycja z planu wydatków inwestycyjnych ratusza niż pomysł, z którym przeciętny słupszczanin budzi się któregoś ranka i myśli: „Mam! Wielobranżowa dokumentacja projektowa!”.
Nie wiemy, kto wpadł na ten pomysł i nie zamierzamy nikomu dopisywać urzędniczego rodowodu bez dowodów. Znacznie ważniejsze jest pytanie o samą zasadę. Czy budżet obywatelski ma służyć finansowaniu dokumentacji miejskich inwestycji, których realizacja dopiero kiedyś będzie musiała znaleźć pieniądze?
Warto też dokładnie wiedzieć, na co oddaje się głos. Za 350 tysięcy złotych
w tym przypadku kupujemy przygotowanie inwestycji. Na samą inwestycję pieniądze
trzeba będzie znaleźć później.

A może 17. południk?

Zupełnie inną filozofię reprezentuje projekt „My z 17 południka”. Kosztuje 45,5 tys. zł
i zakłada stworzenie na skwerze PCK formy przestrzennej pokazującej przebieg 17. południka, na którym leży Słupsk. Projekt ma zostać wyłoniony w konkursie, a autor widzi w nim początek większego pomysłu promocyjnego. W przyszłości mogłyby pojawić
się również oznaczenia informujące o przekraczaniu 17. południka.
I właściwie – dlaczego nie?
Jeśli skończy się na dobrze zaprojektowanej formie przestrzennej, a nie głazie z tabliczką, którego największą atrakcją będzie konieczność przeczytania tabliczki, żeby zrozumieć, dlaczego głaz stoi – może powstać coś naprawdę charakterystycznego.
Pomysł ma również walor edukacyjny. Dziecko może zobaczyć, czym jest południk, znaleźć Słupsk na mapie i odkryć, że ta sama linia biegnie dalej przez Europę. Nie kolejny pomnik, nie kolejna postać na cokole, lecz znak miejsca. Niewielki projekt, który przy dobrym wykonaniu może stać się czymś rozpoznawalnym. Bo czasami w budżecie obywatelskim nie chodzi o to, żeby naprawiać to, czego miasto wcześniej nie naprawiło. Można też stworzyć coś, czego bez pomysłu mieszkańca zapewne nigdy by nie było.

Ryczewo. Tu problem znamy od dawna

Wśród projektów lokalnych szczególną uwagę zwraca wymiana urządzeń na placu zabaw przy ul. Cienistej na Ryczewie. Nie dlatego, że nagle odkryliśmy ten plac przy okazji SBO.

„Tramwaj Słupski” pisał o jego stanie wcześniej, ( Słupskie „bareizmy”… | Tramwaj Słupski). To jedyny ogólnodostępny plac zabaw w tej części osiedla, a jego wyposażenie zdecydowanie nie rosło razem z Ryczewem. Tymczasem osiedle się rozbudowuje, przybywa domów i młodych rodzin.
Projekt zakłada kompleksową wymianę urządzeń zabawowych, wykonanie bezpiecznej nawierzchni, nowego ogrodzenia i małej architektury. Koszt przedsięwzięcia wynosi 342 tys. zł: 160 tys. na urządzenia, 80 tys. na ogrodzenie, 50 tys. na nawierzchnię, 30 tys. na małą architekturę, 20 tys. na dokumentację i 2 tys. na tablicę.
To dobry przykład problemu, o którym w dyskusji o budżecie obywatelskim łatwo zapomnieć. Centrum miasta widać. Osiedlowy plac zabaw przy Cienistej – zdecydowanie mniej. A potrzeby mieszkańców nie kończą się przecież tam, gdzie kończą się reprezentacyjne ulice.
Stan tego miejsca TS pokazywał już wcześniej. Stare urządzenia, zaniedbana przestrzeń
i plac, który powinien służyć kolejnemu pokoleniu dzieci, a sam wygląda, jakby pamiętał kilka poprzednich.
Teraz mieszkańcy mają przed sobą konkretny projekt jego przebudowy. Warto więc przyjrzeć się Ryczewu szczególnie uważnie – właśnie dlatego, że budżet obywatelski powinien pozwalać dostrzec potrzeby miejsc oddalonych od centrum i tych mieszkańców, których codzienne problemy rzadziej trafiają na pierwsze strony miejskich planów inwestycyjnych.

Bolesławice z własną kieszenią

Przy okazji Ryczewa trudno nie zauważyć jeszcze jednej osobliwości tegorocznego SBO. Bolesławice, które od początku 2026 roku są częścią Słupska, otrzymały w budżecie obywatelskim własną kategorię i osobną pulę – 120 tys. zł. Mieszkańcy całego miasta
mają też dodatkowy głos przeznaczony właśnie na jeden z projektów dedykowanych temu osiedlu.
Do wyboru są trzy: budowa chodnika przy ul. Morelowej za 120 tys. zł, „Dzień mieszkańca – Bolesławice” za 35 tys. oraz cykl spotkań „Sąsiedzkie Bolesławice” za 20 tys. zł.

Można zrozumieć intencję. Bolesławice są nową częścią Słupska i zapewne chodzi o to,
by mieszkańcy po zmianie granic miasta mieli zagwarantowaną możliwość zrealizowania czegoś właśnie u siebie.
Patrząc jednak z Ryczewa, Zatorza czy innych słupskich osiedli, trudno nie poczuć odrobiny zazdrości. One własnej, gwarantowanej koperty w SBO nie mają. Ich projekty muszą konkurować z propozycjami z innych części miasta.
Trochę jak u operatora telefonii komórkowej: nowy abonent dostaje pakiet powitalny, dodatkowe gigabajty i telefon w promocji, a ten, który rachunki płaci od piętnastu lat,
może najwyżej sprawdzić, czy zebrał punkty.
Bolesławicom trudno mieć to za złe. Skoro pieniądze zostały wydzielone, warto z nich korzystać. Ciekawsze jest pytanie o zasadę: skoro uznano, że konkretna część miasta powinna mieć zagwarantowaną własną pulę środków, dlaczego podobnego mechanizmu
nie zastosować wobec pozostałych osiedli?
Być może wtedy budżet obywatelski jeszcze mocniej odpowiadałby na lokalne potrzeby. Ryczewo nie musiałoby przekonywać całego miasta, że jego jedyny ogólnodostępny plac zabaw naprawdę wymaga przebudowy, a mieszkańcy innych części Słupska mieliby pewność, że choć część pieniędzy z SBO wróci dokładnie tam, gdzie mieszkają.
Bo skoro już rozdawać pakiety lojalnościowe, dobrze czasem pamiętać również o stałych klientach.

150 tysięcy i trochę magii

A skoro zeszliśmy z utwardzonych nawierzchni, pora wejść w świat mniej materialny.

TRINAFEST – Festiwal Magii kosztuje dokładnie 150 tys. zł. Ma być dwudniowym wydarzeniem poświęconym Katarinie Zimmermann, czyli Trinie Papisten.
W kosztorysie znajdziemy scenę za 25 tys. zł, koncerty za kolejne 25 tys. i mapping przedstawiający historię Triny – również za 25 tys. Są warsztaty zielarskie, taniec rytualny, cosplay, garncarstwo, tkactwo, kowalstwo, tworzenie magicznej biżuterii i amuletów.
Za 5 tys. zł przewidziano dwoje wróżbitów zajmujących się tarotem i astrologią.
Do tego fire show, panele dyskusyjne i gadżety.
Mappingu za 25 tys. zł nie będziemy komentować. Profesjonalne realizacje tego rodzaju potrafią kosztować znacznie więcej. Szkoda tylko, że z kosztorysu nie dowiemy się,
co dokładnie za tę kwotę otrzymamy – jak długa będzie projekcja, jak duża, na jakim obiekcie i w jakiej technologii. Przy takiej kwocie warto byłoby wiedzieć nieco więcej
niż tylko to, że będzie mapping.
Znacznie ciekawsza jest sama idea. W opisie projektu pojawia się ambicja stworzenia charakterystycznej marki kulturalno-turystycznej miasta. I tutaj można już zapytać całkiem serio: czy tarot, astrologia, symboliczne wróżby i tworzenie amuletów rzeczywiście
są drogą, którą Słupsk powinien budować swoją rozpoznawalność?

Odpowiedź każdy może wywróżyć sobie sam.

Kobiety mają moc. Kosztorys również

Równe 150 tys. zł kosztują także „Kobiety z Mocą 2027”. Projekt przewiduje dwie edycje wykładów, warsztatów i spotkań z zaproszonymi gościniami. Mają pojawić się osoby medialne, aktorki, dziennikarki, blogerki, trenerki i coachki.
Problem w tym, że lista prelegentek nie jest jeszcze zamknięta. Mimo to największa pozycja kosztorysu jest już bardzo konkretna: 120 tys. zł na organizację i prowadzenie wykładów i warsztatów. Pozostałe 30 tys. to wynajem pomieszczeń, noclegi i autokary.
Być może będzie to znakomite wydarzenie. Być może przyjadą świetne nazwiska.
Na razie jednak mieszkańcy mają zdecydować o wydaniu 120 tys. zł na część merytoryczną wydarzenia, nie wiedząc jeszcze dokładnie, kto ją poprowadzi.

Moc zatem jest. Przydałaby się jeszcze odrobina mocy szczegółu.

MMA. Trzecia runda

150 tys. zł kosztuje również Fight Night III – Gala MMA. Pierwszego dnia przewidziano ważenie zawodników w galerii handlowej, drugiego galę w Gryfii. W kosztorysie jest m.in. 25 tys. zł dla zawodników, 18 tys. obsługi technicznej, 15 tys. oprawy artystycznej, 10 tys. wynajmu oktagonu, 8 tys. dla koordynatora oraz 6 tys. na 60 pamiątkowych koszulek.
Nie jest to debiut tego rodzaju projektu w SBO. Fight Night II znalazł się wśród zwycięzców SBO 2025. Zdobył 866 głosów i otrzymał dokładnie 150 tys. zł.
Można więc postawić pytanie podobne do tego, które pojawia się przy innych cyklicznych przedsięwzięciach: ile razy budżet obywatelski powinien finansować kolejną edycję tego samego wydarzenia?
Z drugiej strony wynik poprzedniego głosowania pokazał coś, czego nie można zignorować – mieszkańcy chcieli tej imprezy. I na tym właśnie polega kłopot, ale też uroda budżetu obywatelskiego. Nie zawsze wygrywa to, co podoba się redakcji, urzędowi czy sąsiadowi
z trzeciego piętra. Wygrywa to, na co zagłosują mieszkańcy.
Można MMA lubić, można uważać, że są przyjemniejsze sposoby spędzenia wieczoru niż oglądanie dwóch ludzi próbujących przekonać się pięściami, kto ma rację. W budżecie obywatelskim liczy się jednak głos mieszkańców. Warto tylko spytać, czy SBO ma być stałym źródłem finansowania kolejnych odsłon tej samej gali.

Nie każdy powrót jest zły

Dlatego nie warto wrzucać wszystkich cyklicznych wydarzeń do jednego worka.

Garden Party u Karola również wraca do SBO – tym razem jako dwunasta edycja
i za 149 910 zł. Na pierwszy rzut oka można więc powiedzieć: znowu ta sama impreza.
Tyle że przez lata Garden Party rzeczywiście stało się letnim miejscem spotkań słupszczan. Koncerty w parku przyciągają publiczność w okresie, kiedy miejska oferta nie pęka
w szwach. Co więcej, wcześniejsze edycje pokazały, że mieszkańcy chcą tego wydarzenia
i potrafią skutecznie zapewnić mu poparcie w głosowaniu.
Cykliczność sama w sobie nie jest więc wadą. Ważniejsze jest pytanie, czy kolejne edycje nadal odpowiadają na realną potrzebę mieszkańców, są dla nich dostępne i rzeczywiście pozostają ich projektem.
Garden Party ma jeszcze jedną zaletę trudną do zapisania w tabelce z kosztorysem – latem po prostu coś się dzieje. A to w mieście też bywa wartością.

Jarmarku nie ma. I to akurat dobra wiadomość

Na tegorocznej liście nie ma jarmarku bożonarodzeniowego. I bardzo dobrze.
Nie dlatego, że Słupsk nie potrzebuje świątecznego jarmarku. Przeciwnie – dobrze zorganizowany może być atrakcją, ożywiać centrum i budować grudniową atmosferę miasta. Tyle że cykliczna miejska impreza powinna mieć swoje miejsce w normalnym budżecie miasta, instytucji kultury czy środkach przeznaczonych na wydarzenia i promocję.
Budżet obywatelski nie powinien być kołem ratunkowym dla przedsięwzięć, o których
z góry wiadomo, że będą organizowane każdego roku.
Dlatego brak jarmarku na tegorocznej liście można potraktować jako dobrą wiadomość. Świąteczne wydarzenie może być potrzebne i udane, nie będąc przy tym projektem SBO.
I oby tak zostało.

Osiem głosów, chociaż miasto naliczyło siedem

Na koniec drobiazg.

W oficjalnym komunikacie miasta czytamy, że można oddać „od jednego do siedmiu głosów”. Następnie urząd wylicza: jeden na projekt ogólnomiejski, jeden lokalny, jeden szkolny infrastrukturalny, jeden szkolny społeczny, od jednego do trzech na projekty społeczne i jeden na Bolesławice. Kalkulator twierdzi, że maksymalnie wychodzi osiem.
Najwyraźniej w tegorocznym SBO oprócz projektów infrastrukturalnych, społecznych
i magicznych pojawiła się więc także matematyka alternatywna.
Na szczęście mieszkańcy nie muszą liczyć milionów. Muszą zrobić coś znacznie prostszego – przeczytać projekty przed oddaniem głosu.
Bo w puli są przedsięwzięcia efektowne i bardzo przyziemne. Takie, które znikną po jednym weekendzie, i takie, które mogą zostać na osiedlach przez lata. Są podstawowe potrzeby, których obecność w budżecie obywatelskim każe pytać o zwykły budżet miasta,
oraz pomysły, których bez inicjatywy mieszkańców zapewne nigdy by nie było.
Głosowanie trwa do 20 października. Udział może wziąć każdy mieszkaniec Słupska,
bez względu na wiek.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here