Słupsk znalazł się w obliczu zagrożenia, którego najwyraźniej nie sposób rozwiązać bez uruchomienia odpowiednich procedur. Po ulicy Szpilewskiego spaceruje dzik. Jeden. Nieuzbrojony, choć wyposażony w ryj, cztery racice
i szczecinę. Nie wystosował żadnych żądań, nie przedstawił ultimatum, nie próbował przejąć ratusza. Mimo to sprawa osiągnęła rangę kryzysu.
Media donoszą o terroryzowaniu miasta, a do działania wezwano sztab kryzysowy.
Brakuje jeszcze konferencji prasowej na tle mapy przemieszczania się podejrzanego, komunikatów o stopniu zagrożenia i rzecznika, który co godzinę informowałby, że sytuacja jest dynamiczna, ale pozostaje pod kontrolą.
Sam podejrzany, nazwany przez mieszkańców Tadzikiem, zdaje się nie rozumieć powagi swojego położenia. Spaceruje, węszy, szuka jedzenia i nie wykazuje szczególnego zainteresowania administracyjną stroną swojego pobytu w mieście. Być może nie dotarło do niego jeszcze, że stał się bohaterem operacji, do której zwykły dzik nie powinien nawet aspirować.
Zresztą zwierzę doczekało się już własnego imienia. Mieszkańcy nazwali je Tadzikiem i tak też będziemy o nim mówić. W końcu skoro ktoś trafia na czołówki wiadomości, terroryzuje miasto i staje się przedmiotem zainteresowania sztabu kryzysowego, wypada traktować
go z należnym szacunkiem. Nawet jeśli zainteresowany nie ma pojęcia, jak zaszczytna funkcja właśnie mu przypadła.
Tadzikowi udało się coś, co nie zawsze udaje się mieszkańcom: skupić uwagę urzędników na jednym konkretnym problemie. I to w ekspresowym tempie.
Dzik terroryzuje, mieszkańcy zaprzeczają
Radio Gdańsk poinformowało 26 października, że „agresywny dzik terroryzuje Słupsk”. Według publikacji zwierzę miało atakować spacerowiczów i niszczyć miejską infrastrukturę. Brzmi poważnie. Człowiek wyobraża sobie co najmniej serię dramatycznych zdarzeń, zniszczone ławki, przewrócone kosze i mieszkańców uciekających w popłochu przed rozwścieczonym zwierzęciem.
Tymczasem z informacji uzyskanych 27 października przez redakcję „Tramwaju Słupskiego” od Pawła Dyjasa, komendanta Straży Miejskiej w Słupsku, wynika,
że strażnicy nie odnotowali żadnych zgłoszeń dotyczących ataków dzika na ludzi ani wyrządzonych przez niego szkód.
Nie oznacza to oczywiście, że żadne niebezpieczne zdarzenie nie mogło mieć miejsca. Jednak między rzeczywistym zagrożeniem a medialną opowieścią o terroryzowaniu miasta jest przestrzeń, którą dobrze byłoby wypełnić faktami. Tym bardziej że mieszkańcy przedstawiają Tadzika zupełnie inaczej.
„Dzik nie jest agresywny, idzie za ludźmi jak piesek” – pisze jedna z internautek
w komentarzach pod art. Inna przekonuje, że zwierzę jest łagodne i niczego nie dewastuje. Ktoś dodaje, że Tadzik spokojnie spaceruje, a ktoś inny proponuje znalezienie dla niego azylu.
Komentarze pod informacją Radia Gdańsk zamieniły się w osobny spektakl. Padają pytania, czy do jednego dzika naprawdę potrzebny jest sztab kryzysowy, pojawiają się żarty
o wojsku i NATO. Internauci proponują również, by podobną mobilizację zastosować przy rozwiązywaniu innych problemów miasta.
Całą dyskusję można przeczytać pod publikacją na Facebooku.
Trudno się dziwić. Słupsk ma za sobą i przed sobą niemało poważnych wyzwań. Tymczasem największą medialną karierę ostatnich dni robi zwierzę, które nie zabiegało ani o rozgłos, ani o stanowisko.
Tadzik nie jest maskotką
W całej tej historii jest jednak coś, z czego śmiać się nie należy.
Komendant Paweł Dyjas zwraca uwagę, że Tadzik jest młodym dzikiem. Jego obecne zachowanie może sprawiać wrażenie niemal oswojonego zwierzęcia. Nie boi się ludzi, podchodzi blisko, nie reaguje agresją. Ale to nie oznacza, że tak będzie zawsze.
Dzik dorasta. Staje się silniejszy, a jego reakcje mogą się zmieniać. Zwierzę przyzwyczajone do łatwego zdobywania pożywienia w pobliżu ludzi może w przyszłości stanowić zagrożenie. Szczególnie gdy jedzenia zabraknie albo znajdzie się w sytuacji stresowej.
Dlatego nie namawiajmy do głaskania Tadzika, dokarmiania go czy traktowania jak osiedlowego pupila. Sympatia mieszkańców nie zmienia faktu, że pozostaje dzikim zwierzęciem. Nie oznacza to jednak, że jedyną odpowiedzią na jego obecność powinno
być uśmiercenie.
Przepisy nie mają sentymentów
Tu zaczyna się najtrudniejsza część historii Tadzika. Fundacja Kopytka z Nadzieją przypomina, że obowiązujące przepisy związane z afrykańskim pomorem świń
nie pozwalają na zwykłe odławianie dzików i przewożenie ich do lasu.
Zakaz przemieszczania żywych dzików obejmuje również zwierzęta przebywające
na terenach miejskich.
Nie można więc po prostu zapakować Tadzika do specjalistycznego transportu i wypuścić kilkanaście kilometrów dalej. Również przewiezienie go do azylu napotyka poważne ograniczenia prawne. Przepisy przewidują odłów połączony z uśmierceniem zwierzęcia.
Ale sam zakaz przesiedlania nie oznacza, że każdego dzika, który pojawi się w mieście, trzeba natychmiast zabić.
Prawo łowieckie przewiduje możliwość podjęcia określonych działań w przypadku szczególnego zagrożenia prawidłowego funkcjonowania obiektów produkcyjnych
i użyteczności publicznej. Warto jednak pamiętać, że możliwość zastosowania takich środków nie jest automatycznym nakazem ich użycia. I dlatego należałoby ustalić,
czy w przypadku Tadzika rzeczywiście stwierdzono zagrożenie uzasadniające najbardziej drastyczne rozwiązania.
Może sztab znajdzie sposób, zamiast wyłącznie procedury?
Skoro sprawa młodego dzika doczekała się zainteresowania zespołu zarządzania kryzysowego, warto oczekiwać czegoś więcej niż wskazania przepisów, które uniemożliwiają jego wywiezienie. Może należałoby zaprosić specjalistów od zachowania dzikich zwierząt? Sprawdzić, co przyciąga Tadzika na osiedle, czy ktoś go dokarmia, czy można ograniczyć mu dostęp do pożywienia i stopniowo zniechęcić do przebywania wśród ludzi?
Może warto zwrócić się do służb weterynaryjnych o jednoznaczne wskazanie wszystkich dopuszczalnych prawem możliwości postępowania, które nie wymagają uśmiercenia zwierzęcia?
Nie twierdzę, że rozwiązanie będzie łatwe. Być może okaże się, że możliwości są bardzo ograniczone. Ale zanim zapadnie decyzja, której nie można cofnąć, wypadałoby przynajmniej sprawdzić każdą z nich.
Bo w tej historii chodzi nie tylko o bezpieczeństwo ludzi, lecz także o dobro zwierzęcia, które nie ponosi winy za to, że znalazło sobie miejsce do życia w pobliżu człowieka.
I właśnie dlatego śmieszność całej sytuacji zaczyna powoli ustępować miejsca niepokojowi.
Tadzik nie wie, czym jest afrykański pomór świń. Nie zna unijnych rozporządzeń, kompetencji starosty ani zasad działania zespołu zarządzania kryzysowego.
Nie rozumie też, dlaczego ludzie, do których tak chętnie podchodzi, mogą pewnego dnia uznać, że nie ma dla niego miejsca.
Za to my mamy przepisy, instytucje, specjalistów i możliwość podejmowania świadomych decyzji. Jeśli potrafimy zwołać sztab kryzysowy z powodu jednego dzika, powinniśmy również potrafić poważnie zastanowić się, jak ocalić mu życie.
Cała ta mobilizacja miałaby wyjątkowo gorzki finał, gdyby po naradach, analizach
i uruchomieniu procedur okazało się, że jedynym rozwiązaniem, na jakie stać tak liczny sztab, jest uśmiercenie jednego młodego dzika.
Wtedy naprawdę nie byłoby już z czego się śmiać.

































