Nie był to zwykły jubileusz ani klasyczny wernisaż. W Ustce Bałtycka Galeria Sztuki Współczesnej świętowała swoje 50-lecie w sposób, który bardziej przypominał doświadczenie niż uroczystość – z performansem, obecnością
i pytaniem o to, czym dziś jest instytucja kultury.
W Ustce, w przestrzeni Centrum Aktywności Twórczej, jubileusz Bałtyckiej Galerii Sztuki Współczesnej nie miał w sobie nic z muzealnej powagi. Przeciwnie – był wydarzeniem żywym, chwilami niemal intymnym, gdzie oficjalność mieszała się z performansem,
a celebracja z pytaniem o sens samej instytucji.
Wśród gości pojawili się przedstawiciele świata kultury, samorządowcy, artyści
i mieszkańcy. Byli obecni marszałek województwa pomorskiego Mieczysław Struk
oraz prezydentka Słupska Krystyna Danilecka-Wojewódzka. Były przemówienia – wyważone, momentami osobiste – podkreślające rolę galerii jako miejsca spotkań, eksperymentu i dialogu. Były też gesty bardziej symboliczne: tort, prezenty, uśmiechy, które na chwilę zawiesiły instytucjonalny ton.
Ale prawdziwe napięcie tego wydarzenia nie rozgrywało się przy mikrofonie.
O godzinie 17:00 przestrzeń przejęła Ewa Zarzycka. Jej performans – tłumaczony na Polski Język Migowy – nie był dodatkiem do programu, lecz jego osią. Wprowadził element niepewności, charakterystyczny dla sztuki, która nie daje się łatwo opisać ani zamknąć
w komunikacie prasowym. To właśnie w takich momentach galeria przestaje być miejscem ekspozycji, a zaczyna funkcjonować jako sytuacja – zdarzenie między ludźmi.
Sama wystawa „Splatając to, co wciąż się staje” wymyka się klasycznym kategoriom.
Nie opowiada historii galerii w porządku chronologicznym. Zamiast tego proponuje sieć powiązań – między artystami, miejscem, pamięcią i krajobrazem. Ustka i Słupsk
nie są tu tłem, lecz współuczestnikiem opowieści. Widać to w pracach, które częściej
są śladem niż obiektem, procesem niż rezultatem.
Jubileusz BGSW nie był więc tylko celebracją przeszłości. Raczej próbą uchwycenia czegoś, co wciąż się zmienia – instytucji, która nie chce być archiwum, lecz organizmem.
I być może właśnie dlatego najważniejsze wydarzyło się nie w oficjalnych wystąpieniach, lecz pomiędzy nimi: w rozmowach, w obecności, w krótkich momentach wspólnego skupienia.
Bo jeśli coś rzeczywiście zostało „splecione” tego dnia, to nie tylko historia galerii,
ale także ludzie, którzy na chwilę stali się jej częścią.
































