By zawsze pamiętać Godzina „W” w Słupsku

0
55
- reklama -

By zawsze pamiętać
Godzina „W” w Słupsku
„…Choćby zawiodła wszelka pomoc,
choć przyjdą dni głodu i moru;
ostatniej stawki nie przegramy
– stawki naszego honoru.”

Stanisław Marczak „Dziennikarz”

Słupszczanie przyzwyczaili się już, że 1 sierpnia o godz. 17:00, czyli w godzinę „W” tłumnie zbierają się, by zobaczyć rekonstrukcję wydarzeń z Powstania Warszawskiego. Od dwóch lat z powodu pandemii te inscenizacje nie mogły się odbyć, ale to nie oznacza, że pamięć
o poległych obrońcach Warszawy również została uśpiona. Pa-miętamy nie tylko przy okazji rocznicy. Słupsk jest wyjątkowym miej-scem, który od 1945 roku pamięć o powstańcach pielęgnuje i prze-kazuje kolejnym pokoleniom. Rekonstrukcje historyczne, które odbywają się w tym mieście to niezwykła lekcja historii o ludziach i wydarzeniach. To taka lekcja, która będzie trwać… by nigdy nie zapomnieć.

Wszystko zaczęło się od Pomnika Powstańców Warszawskich

Ta historia miała swój początek 15 września 1945 r., kiedy nastąpiło w Słupsku uroczyste odsłonięcie pierwszego w Polsce pomnika Po-wstańców Warszawskich. Stanął on na Placu zwanym już wówczas Placem Powstańców Warszawskich, w bezpośrednim sąsiedztwie mogił ekshumowanych 3 sierpnia 1945 r. Polaków i Rosjan. Był to prowizoryczny, wzniesiony z desek pomnik, symbolizujący mur war-szawski, na którego tle Niemcy dokonywali masowych egzekucji Po-laków. Po roku groził jednak obaleniem, dlatego z inicjatywy Stani-sława Wysockiego, naczelnika oddziału Urzędu Informacji i Propa-gandy, Zarząd Miejski w maju 1946 roku uchwalił wzniesienie w miejscu dotychczasowego pomnika „coś naprawdę godnego”. Środki finansowe na ten cel pochodziły z darów i ofiar mieszkańców Słupska. Zgromadził je społeczny Komitet Budowy Pomnika z E. Ładą – Cybulskim na czele. Środki te pozwoliły na bardzo szybką realizację nowego pomnika. Jego projektantem był Jan Małeta, a wykonawcami Stanisław Kołodziejski i S. Wąsowicz. Uroczyste odsłonięcie i poświęcenie pomnika odbyło się 15 września 1946 r.
Pomnik stanowi mur ceglany z otworami po kulach i postrzępio-nych krawędziach. Przylega do niego cokół
z napisem „BOHATEROM WARSZAWY – SŁUPSK”, na którym znajduje się postać poległego w walce powstańca. W wyciągniętej wzdłuż ciała dłoni trzyma on granat „filipinkę”, a drugą opiera się na tarczy z herbem Warszawy – Syrenką. Nad nim pochyla się orzeł,
a u jego stóp klęczy płaczące dziecko. W centralnej części muru znajduje się płaskorzeźba Ukrzyżowanego na tle płonącego placu Zamkowego w Warszawie.

O Powstaniu Warszawskim, powojennym Słupsku i rekonstrukcjach opowiada Jacek Szuba

Urszula Markowska: Dlaczego ten Pomnik Powstańców Warszaw-skich jest tak dla Słupszczan ważny?

Jacek Szuba: Pomnik powstał dzięki warszawiakom, ale również dla nich. Stał się wyjątkiem na mapie całego Świata, bo był to pierwszy pomnik powstańców.
W Warszawie nikt o tym nawet nie śmiał marzyć, czy w ogóle podej-mować próby, by takowy powstał. Po wojnie wielu mieszkańców stolicy przeniosło się do Słupska. Uciekali od zgliszczy zburzonego miasta, ale również przed represjami ze strony Rosjan, którzy żołnierzy AK traktowali jak przestępców wojennych. Słupsk okazał się dla nich bezpiecznym azylem, choć panował tu wtedy spory bałagan. To były ziemie odzyskane, gdzie administracja polska jeszcze nie do końca była zorganizowana. Według różnych źródeł do Słupska przyjechało wtedy ok. 3 tys. mieszkańców Warszawy. Oni właśnie ze swoim wykształceniem i wiedzą pomagali tworzyć to miasto na nowo. Historia Słupska oraz jego kulturowość była i jest jego wizytówką, a napływowa ludność stała się wartością dodaną. W dodatku nadchodząca władza sowiecka, a wraz z nią ich administracja była zagrożeniem zarówno dla słupszczan, jak i osiedlających się tu ludzi. Dlatego stworzenie na szybko administracji było niezwykle ważne, bo dawało pewne bezpieczeństwo.

Czy dzisiaj mamy w ogóle prawo do oceny wydarzeń z 1944 roku? Od lat toczy się taka dyskusja
w Polsce. Nagle wszyscy poczuliśmy się ekspertami i wydajemy często krzywdzące opinie.

Dzisiaj wiele osób próbuje oceniać to, co działo się wtedy w Warszawie: czy Powstanie było sprawą słuszną czy nie, czy ofiara z 200 tys. ludzi była potrzebna, czy zburzenie całego prawie miasta było opłacalne dla Polski. Te pytania pojawiają się dość często, a ludzie w sposób dość lekki oceniają tamte wydarzenia. Toczące się rozmowy najbardziej uderzają przede wszystkim w powstańców, którzy przecież jeszcze żyją.
Ja jestem bardzo daleki od takich osądów. Pamiętajmy, że ludzie, którzy żyli wtedy w stolicy byli pod niemiecką okupacją przez 5 lat. Byli po kawałku odzierani z honoru i godności, a którzy wychowani
w okresie międzywojennym, w czasie rozkwitu polskości, mieli moc-no rozbudzoną miłość do wolnego kraju. Walka za wolność była oczywista, byleby zrzucić z siebie to jarzmo okupanta. Czy było war-to? Wiedzą o tym tylko Ci, którzy wtedy w Powstaniu walczyli.

9 lat temu po raz pierwszy w Słupsku odbyła się rekonstrukcja zda-rzeń z Warszawy, z sierpnia 44 roku. Dlaczego? Skąd pomysł, by w Słupsku właśnie taką inscenizację stworzyć?

Początkiem idei rekonstrukcji Powstania Warszawskiego w Słupsku stał się właśnie wspomniany wcześniej pomnik. Chcieliśmy pokazać, jak mocny związek jest między mieszkańcami tego miasta i Warszawą. Gdy zaczynaliśmy organizację tej inscenizacji 9 lat temu, świadomość tej zależności mieszkańców była niewielka. Widać to było na oficjalnych obchodach rocznicowych, gdzie na Placu Powstańców Warszawy pojawiała się garstka ludzi złożona głównie z reprezentacji żołnierzy kombatantów. Jednak mieszkańcy Słupska nie wiedzieli jak duży wkład warszawiacy mieli w tworzenie tego miasta. Jesteśmy więc im tą pamięć winni. Ważne dla nas więc było stworzenie czegoś, co nie tylko przypomni o Powstańcach, ale będzie lekcją historii
o wojennej Warszawie. Pomocne dla nas były rozmowy z powstań-cami, którzy wtedy żyli w okupowanej stolicy i wydarzenia z 44 roku pamiętają dokładnie. Dzisiaj niestety już takiej możliwości nie ma, odeszli.
W Słupsku została tylko jedna Pani, która była świadkiem tamtych zdarzeń. Moje pokolenie miało jeszcze tą możliwość, by uczyć się historii od bohaterów. Oprócz więc suchej książkowej wiedzy mogli-śmy posłuchać o emocjach i odczuciach. A to jest bezcenne i bardzo zmienia optykę. Niezwykle ważne są więc warsztaty, które poprzedzają rekonstrukcje. Każdego roku trwają one kilka miesięcy. Chcemy zarazić uczestników chęcią zdobywania tej wiedzy. Nasza, słupska inscenizacja różni się więc od tych, które znamy z innych miast. Angażują się w to wydarzenie mieszkańcy, od tworzenia scenariusza po ostateczne wykonanie. Wszyscy jednogłośnie kładliśmy nacisk na realizm epoki. Nie do końca chodziło nam o to, by pokazać śmierć i cierpienie, ale również o pokazanie Warszawy tuż przed wybuchem Powstania.
Dlatego nasza inscenizacja podzielona jest na dwie części, pierwsza przed wydarzeniami i druga, gdy to Powstanie trwa. Przerobienie więc ulicy współczesnego miasta na 44 r. zajmuje nam zawsze mnóstwo czasu. W organizowaniu tego pomaga kilkadziesiąt wolontariuszy. Efekt ich pracy widzimy później na zdjęciach czy ujęciach filmowych. Stylizacja aktorów to również jest spore wyzwanie. Powstańcy po raz kolejny okazali się niezwykle pomocni. Opowiadali, jak kobiety radziły sobie ze strojem i wyglądem w okupowanym mieście. Wojna jak się okazuje nie odbiera nam potrzeby, chęci, by wyglądać dobrze. Myślę, że dzięki tym staraniom kobiety mogły przynajmniej trochę czuć się godnie. Pokazujemy więc Warszawę dość prawdziwą i osoby w różnym wieku, o różnym statusie majątkowym. Tak wyglądała przecież wtedy rzeczywistość. Wiele rekonstrukcji skupia się na działaniach batalistycznych, a my chcieliśmy tą historyczną rutynę przełamać. W słupskim wydarzeniu pojawiają się również profesjonalne grupy, głównie te, które pokazują stronę niemiecką. Jednak ta bitwa w Warszawie to nie tylko żołnierze, ale ogromna ilość cywili i na nich właśnie oparliśmy nasz scenariusz. O tych ludziach też chcemy pamiętać. To hołd nie tylko dla tych, co brali udział w Powstaniu, ale również dla tych, którzy stali się zakładnikami tych dramatycznych zdarzeń.
W tym dniu staje w bezruchu pół miasta. Zamykane są niektóre ulice dla ruchu samochodowego, a to co dzieje się podczas inscenizacji to efekt wielomiesięcznej pracy. Jak udaje się namówić tak wielu ludzi do tworzenia tej rekonstrukcji?

Każdy, kto bierze w tym udział robi to z innych powodów, ale jak wi-dać ma taką potrzebę. Nie trzeba szczególnie nikogo namawiać. Każda z tych osób wciela się też w inną postać. Często te drugopla-nowe role, czyli sklepikarze, pani fryzjerka, zwykły przechodzień są równie ważne, jak bohaterowie z barykad. Czasem stają się one na-wet bardziej istotne. Czyli równorzędność postaci jest dla mieszkańców ważna. Mają poczucie, że robią coś ważnego. Sceną staje się cała ulica, a oni na chwilę nawet nie aktorami, ale warsza-wiakami. Nie narzucamy też widzom sposobu interpretacji. Nie chcę prowadzić głównego wątku i ważniejszych postaci. To inscenizacja, która sprawia, że zarówno widz, jak i osoby grające, na chwilę prze-noszą się do walczącego miasta. Pisząc scenariusz mogę tylko mó-wić, że jest on naszkicowany, bo każdy z bohaterów gra, a właściwie nawet jest postacią bardzo realistyczną. Charakterystyka, przykładowo sprzedawcy książek, jest określona, ale to, co go czeka podczas tej inscenizacji, to zbieg różnych zdarzeń i tu pozostaje tylko improwizacja, bo powtórek nie będzie. Nie możemy powiedzieć, zróbmy to inaczej lub jeszcze raz. Nie ma więc możliwości ingerencji w to, co się wydarzy. Warto też podkreślić, że w ostatnim wydarzeniu wzięło udział 350 osób. Oczywiście kiedy widzę, że dana osoba trochę się gubi, to próbuję jej pomóc. Ingeruję więc w sytuację jako powstaniec, mieszkaniec Warszawy. Muszę to robić w sposób, którego nie zauważy widz.
Podczas jednej z rekonstrukcji scenariusz przewidywał zejście po-wstańców do kanału. Nacierają więc na nas Niemcy, my według pla-nu przemieszczamy się w stronę kanału, by zejść na dół i okazuje się, że nie mamy klucza, by otworzyć właz. Po prostu, klucz został w samochodzie zaparkowanym kilkaset metrów dalej. Cóż było robić, na szybko utworzyliśmy posterunek, osłanialiśmy właz, a jedna z dziewczyn pobiegła po klucz. W efekcie udało się go otworzyć i do-kończyć plan, ale powstała zupełnie niezaplanowana scena. Należy też brać pod uwagę niezwykłe emocje, które ludziom towarzyszą. Przecież to są sceny wojenne, jedzie czołg, który strzela i mimo, że mamy świadomość inscenizacji, to czujemy przerażenie. Wystarczy podmuch, który potrafi nas przewrócić, a pojawiający się strach nas paraliżuje tak, że nie jesteśmy w stanie przeładować broni, czy wyjść z ukrycia. A to tylko rekonstrukcja, jednak łatwiej wyobrazić sobie co działo się z ludźmi, którzy w tych wydarzeniach naprawdę brali udział.

Dalsza część wywiadu w październikowym numerze Tramwaju Słupskiego.

 

Zdjęcia Krzysztof Chodorowski
Podczas ostatniej rekonstrukcji doszło do nietypowego zdarzenia. Udzielono prawdziwego ślubu. Widzowie nie mogli nawet przypusz-czać, że właśnie biorą udział w ważnym wydarzeniu dwojga ludzi. Ślubu udzieliła prezydentka Słupska Krystyna Danilecka- Wojewódzka. By jednak do tego mogło dojść, zarówno Pani prezydent, jak
i najbliższa rodzina musiała ubrać się w strój z epoki. Obrączki, które założyli młodzi wykonane były z łusek naboi. W inscenizacji pan młody ginie później na barykadach, w realu pozostają już małżeństwem.
Defilada przed głównym wejściem do budynku dydaktycznego od strony Słupii.

- reklama -

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here